Anna Pisowicz: Bunt pojawił się już na początku – z prawie dorosłego chłopaka, który sam wracał ze szkoły, robił sobie kanapkę i biegł grać w piłkę, trafił z powrotem pod moje skrzydła. To było dla niego szokują- ce, że znowu go karmię, myję, pomagam w wyjściu do toalety. Jednak w głębi serca mój Patryk się nie zmienił – nadal jest tym samym chłop- cem, który potrafi doprowadzić do łez, rozśmieszając nas w nawet naj- poważniejszych i najbardziej dramatycznych sytuacjach. I mimo choro- by jedna rzecz się nie zmieniła – bardzo muszę z nim uważać na słowa.
Patryk Pisowicz: Ale nie uważasz, dzięki temu lecę do Meksyku! Anna Burek: Do Meksyku? Ale jak?
Anna Pisowicz: Patryk strasznie boi się igieł i kiedyś, próbując go uspokoić, obiecałam mu, że jak da się nakłuć, to pojedziemy na wy- cieczkę gdziekolwiek zechce. Myślałam, że wybierze park rozrywki, zoo, morze, ale moje dziecko wybrało… Meksyk. Mamy więc kolejne zadanie bojowe do wykonania – Patryk stara się przynieść uśmiech na twarze dzieciaczków, a Meksyk jest jego marzeniem i zrobię wszystko, by je spełnić. By, kiedy już stanie w pełni na nogi, mógł do tego Mek- syku polecieć.
Patryk Pisowicz: I to samodzielnie, bez mamy!
Akcję zbierania uszytków można wesprzeć, wysyłając kocyki, po- duszki, maskotki na adres ul. Marynarska 14, 02-674 Warszawa, skąd wysyłane są do Patryka, by mógł je wręczyć dzieciom na oddziale onkologicznym Charite Berlin.
Marzenie o podróży do Meksyku można pomóc Patrykowi spełnić, wrzucając coś do jego wirtualnej puszki na:
https://zrzutka.pl/vr- rarz
Anna Burek FELIETON
na minutę przed odjazdem zorientuję się, że mój pociąg stoi po drugiej stronie dworca, moją uwagę przykuje kolorowa zbieranina ludzi, od któ- rych bije coś szczególnego – nieziemska rezerwa i zachowawczość, ale i ciepło i swojskość. Kolorowa masa elastycznych koszulek w głośnych kolorach w ciszy wciska się do pociągu z napisem Polska niepodległa. Jadą tam. Do siebie. Do domu.
Stoi pociąg na stacji, na drugim peronie. Za minutę odjedzie. I dopiero, widząc swoje odbicie w szybie kiosku z kawą, uświadamiam sobie, że o kurde, ja też, jak oni – ten sam chłód, ta sama swojskość, ale peron zły. Więc rzucam przekleństwa we własne odbicie, następnie sama siebie w wyścig z uciekającym czasem i hop – jestem. Wciskam się też. Pociąg 475, wagon 261, miejsce 96. Pod oknem, sprytnie – zgodnie z kierun- kiem jazdy (jeszcze nie wiem, że tylko do momentu, kiedy popsuje się lokomotywa). Kokosimy się. Ja i pięcioro współpasażerów. Temperatu- ra na zewnątrz – 29 stopni. W środku, mimo że linia austriacka, to my jednak upchani w biało-czerwonych wagonach, więc jak to latem: okno się nie otwiera, klimatyzacja nie działa. Ciekawskie oczy wyzierają znad kanapek, a duże paluchy – z dziurawych skarpet. Buty zostały rzucone, podejmuję rękawicę i biorę tę podróż za lekcję. Uczyć będę się przez dziewięć godzin. Czego? Wiedzy o społeczeństwie głównie. No i umó- wimy się, pokory też.
Pierwsza godzina – niedźwiedź śpi. Jako pierwszej zaczyna przeszka- dzać elegantce w wieku i krasie Maryli Rodowicz. Lustruje nas wszyst- kich po kolei, by w końcu obrać sobie za cel chłopca towarzyszącego workowi pełnemu słodyczy z lidla. – A ile Ty masz lat chłopczyku? A kto Ci tyle słodyczy kupił? A mamie nie chciało się zrobić kanapek? Pytania, pozostawione przez chłopca bez odpowiedzi, tworzą zgrabny wstęp do dalszego monologu: za moich czasów to było nie do pomyślenia, żeby matka dziecku w podróż prowiantu nie przygotowała. Ale wtedy kobieta znała swoją rolę i wiedziała, jak zatrzymać przy sobie mężczyznę. Teraz dziewuchom kariery się zachciało – latają z biura na siłownię, z siłowni na zakupy, z zakupów na imprezy, a chłop siedzi sam w domu i zamawia jedzenie na telefon. Piekło się ciasto, nie do pomyślenia, by w sobotę świeżego placka nie było na stole, a w niedzielę rosołu. Zdurniały do reszty te dzisiejsze baby, nie ma się co dziwić, że mężowie odchodzą. Druga godzina – niedźwiedź chrapie. Starszy pan z kąta koło okna po- chrapuje tak, że trzęsie się krótka różowa czupryna reprezentantki po- kolenia dzisiejszych bab – młodej dziewczyny w mocnym różu na ustach i zadbanych paznokciach wbitych w uda. Trzęsie się chyba nie tylko od pochrapywania sąsiada, ale i ze złości – Co też pani opowiada i co wła- ściwie wie o współczesnych kobietach? To, że moja babka życie spę- dziła w kuchni i na zaspakajaniu zachcianek wiecznie niezadowolonego dziadka, który zepsuwszy jej krew, zmarł sobie w spokoju, pozostawiając
|
Stoi na stacji lokomotywa. Na stacji innej niż zwy- kle, bo remont. Na peronie innym, niż powinna, bo coś w ostatniej chwili się pozmieniało, ale o tym jeszcze nie wiem. Kiedy wtaczam się objuczona jak wielbłąd z plecakiem pełnym niemieckich czekolad (tak, w roku 2019, mimo że można je też kupić w polskich supermarketach) na pusty peron, zanim
ją schorowaną i rozczarowaną, nie znaczy, że ja też mam tak żyć. Ma pani córkę? Chciałaby pani, by jej życie opierało się tylko na facecie? Na siedzeniu w domu i czekaniu, aż on łaskawie wróci do domu, a daj boże może i grosz przyniesie zamiast przepijać go z kumplami po pra- cy, wykręcając się nadgodzinami, bo nie chce mu się niańczyć dzieci, które ochoczo płodził? Bo ja tego żadnej kobiecie nie życzę – bycia zdaną na łaskę i portfel męża. Wątpliwa z pani matka, jeśli własną córkę wpędziłaby pani w rolę takiej kury domowej tylko dlatego, że tak trzeba. A chłopiec wygląda na dość dużego, ma dwie ręce i dostęp do youtuba – gdyby chciał, poradziłby sobie z samodzielnym zrobie- niem kanapek.
Trzecia godzina – niedźwiedź łapie. Siedząca do tej pory grzecznie dziewczyna o aparycji studentki filozofii łapie się za głowę i posta- nawia bohatersko stanąć w obronie Maryli, podejmując karkołomna próbę załagodzenia sytuacji, argumentując, że owszem może eman- cypacja Polek poszła w złym kierunku, ale nasze zniewolenie trwało zbyt długo. Mówi, że mężczyźni do reszty zdziadzieli, więc kobiety zmuszone były przejąć ich role, stanąć na wysokości zadania i za cel obrać sobie zostanie alfą i omegą, głową i szyją, a najlepiej seksow- nymi nogami i wąską talią domowego ogniska. – Niczego więcej sobie nie życzę od współczesnego świata, niż tego, byśmy mieli dla siebie więcej wyrozumiałości i nie oceniali nawzajem, żebyśmy byli dale siebie życzliwsi – może wtedy kobiety zaczną się w końcu wspierać, komunikować międzypokoleniowo zamiast wyrzucać sobie wzajemnie błędy i porażki. – Co też Pani wygaduje. – Ale bełkot, słuchać się tego nie da! – Po co się pani wtrąca?! – Ja nie to miałam na myśli, nikogo nie oceniam, ale ta pani trochę przesadziła, co jej do wychowania cu- dzych dzieci. – Nie oceniam, tylko wyrażam swoją opinię, tego prawa mi pani nie odbierze!
Wspólny wróg przedziałowy jednoczy kobiety. Zanim jednak do tego dojdzie, zanim się zorientują, że właściwie chodzi im o to samo, za- nim opanują ten nieznośny jazgot, obudzi się on – starszy niedźwiedź z kąta wagonu. Spojrzy na nas wszystkie z niesmakiem, wyciągnie puszeczkę z plecaka, sapnie raz, wzniesie ją do góry i teatralnie prze- mówi: - No, to panie, wasze zdrowie. Żebyście się wzajemnie nie po- zabijały, zanim was te życiowe role wykończą. I byłoby to nienajgorsze zakończenie przedziałowej prezentacji polskości, gdyby nie włączył się w to słodki chłopiec z siatką z lidla. Wstanie nieśmiało, prezentując swoje krótkie spodenki i długie, naciągnięte pod łydki frotowe skarpety, okaże się dorosłym Piotrusiem Panem, nieświadomym tego, że swoim milczeniem rozpętał piekło, zapyta: - Excuse me, i do not understand what is going on in here, but it all looks so Polish! Could I take a photo of you? I wbije nas tym pytaniem w siedzenie. I sprawi, że poczujemy się jak idioci. I może bylibyśmy w stanie go wspólnie przekonać, że to nie reguła, że Polacy tacy nie są, gdyby nie to, że zwadzeni między sobą, siedzimy, każdy z głową w dół, ze wzrokiem utkwionym w pa- znokciach. Chcemy dobrze, a wychodzi nam jak zawsze. Pstryk. Hip- sterski aparat analogowy zbiera dowód – jak do podręcznika wiedzy o społeczeństwie. Milczący przedział kolorowych koszulek pędzący w dziwnym kierunku.
Anna Burek
KONTAKTY | 7 KONTAKTY
Page 1 |
Page 2 |
Page 3 |
Page 4 |
Page 5 |
Page 6 |
Page 7 |
Page 8 |
Page 9 |
Page 10 |
Page 11 |
Page 12 |
Page 13 |
Page 14 |
Page 15 |
Page 16 |
Page 17 |
Page 18 |
Page 19 |
Page 20 |
Page 21 |
Page 22 |
Page 23 |
Page 24 |
Page 25 |
Page 26 |
Page 27 |
Page 28 |
Page 29 |
Page 30 |
Page 31 |
Page 32 |
Page 33 |
Page 34 |
Page 35 |
Page 36 |
Page 37 |
Page 38 |
Page 39 |
Page 40 |
Page 41 |
Page 42 |
Page 43 |
Page 44