Patryk Pisowicz: najbardziej tęsknię za szkołą
Kiedy wchodzę do mieszkania rodziny Pisowicz, nic nie wskazuje na dramat, który kilka miesięcy temu wywrócił życie rodziny do góry nogami. Piękne ręcznie wykonane dekoracje witające już od progu, idealny porządek i troje uśmiechniętych, uprzejmych dzieciaków tworzy scenerię jak z obrazka. Bardzo Panią przepraszam, ale mu- szę Panią zdezynfekować. Dla Patryka każda najmniejsza choroba może nieść za sobą fatalne w skutkach komplikacje – mówi mama chorego na białaczkę chłopca i obficie spryskuje moje dłonie.
lu, tycie, puchnięcie, wypadanie włosów – to wszystko działo się tak szybko. Pamiętam, jak wchodząc po raz pierwszy na oddział onkolo- giczny, minęłam w drzwiach płaczącą do telefonu młodą matkę. Spoj- rzałam na nią z przerażeniem i taką myślą – o boże, co jej się musiało przydarzyć! Chwilę później ja sama stałam w podobnym kącie, płacząc z bezsilności.
Patryk Pisowicz: Dla mnie najgorsze były łzy taty i widok tych dzieci wokół mnie. Jak tylko weszliśmy na korytarz oddziału czułem jakiś taki smutek. Nikt się nie uśmiechał, nikt nie bawił, takie te dzieci były biedne – wszystkie okablowane, snujące się szarymi korytarzami, łyse…Było mi ich strasznie żal i bardzo chciałem im pomóc.
Anna Burek: Jak można pomóc dzieciom na oddziale onkologicz- nym?
Anna Pisowicz: To są na ogół maluszki – maleństwa, które nie mają nawet 3 lat, a obok nich ich rodzice, najczęściej mamy – przerażone, zmęczone, warujące przy łóżeczkach swoich pociech. Najmłodszy pa- cjent, który z nami leżał miał 6 tygodni… Nie wiedziałabym, jak pomóc, ale Patryk od razu miał pomysł.
Patryk Pisowicz: No, mama miała przecież mnóstwo kolorowych cza- peczek i szalików, które uszyła do sklepu. Ale przecież ona i tak tych rzeczy teraz nie sprzeda, bo jest ze mną non stop w szpitalu albo opie- kuje się mną w domu. Więc po co to trzymać?
Anna Pisowicz: Dokładnie. Powiedział mi wtedy: mamo, ty na tym nie wiadomo jak dużych pieniędzy nie zarobisz, a pomyśl, jak ucieszyłyby się te dzieci. Miałam wtedy w domu gotowych chyba 30 kompletów czapek i szalików, więc pierwszej nocy zadzwoniłam do męża, by na- stępnego dnia przywiózł je do szpitala.
Patryk Pisowicz: Rozdaliśmy je, ale nie starczyło dla wszystkich. Za- pytałem mamy, czy mogłaby uszyć poduszki, bo te szpitalne sale są strasznie smutne, a taka kolorowa poduszeczka dla dziecka i mamy jest taka wesoła i od razu się przyjemniej robi.
Kiedy siadamy do dużego, rodzinnego stołu w salonie, w mig pojawia- ją się na nim kawa i półmiski ze słodyczami – to dzięki niezauważal- nej ręce babci, która przyjechała do Berlina, by pomagać przy dwójce wnucząt, kiedy Patryk wraz z mamą krążą między domem a kliniką Charite. Babcia siada z boku, przysłuchując się rozmowie, przy stole natomiast siada główny jej bohater – 11-letni Patryk, który, niestety, od kilku miesięcy żyje z pełną świadomością znaczenia słowa rak. Kiedy wokół biega jego młodszy brat, a siostra zarzuca mu ręce na szyję, my zaczynamy rozmowę o tym, o czym właściwie rozmawiać się nie da.
Anna Burek: Właściwie nie wiem nawet, od czego zacząć? Długo są Państwo w Berlinie?
Anna Pisowicz: Mój mąż od dwudziestu lat, ja – od stycznia 2008 roku. Mąż pracuje jako kierowca, ja – jako krawcowa. Szyję kamizelki dla berlińskiej policji, a w tym roku chciałam też otworzyć sklep z moimi autorskimi projektami. W tym samym budynku wynajęłam przestrzeń sklepową – pewnie Pani widziała, nazywa się Alicja w krainie czarów. Skrupulatnie wypełniałam ją towarem, przygotowując się na wielkie otwarcie. Na dzień przed dowiedzieliśmy się jednak, że nasze plany na najbliższe lata będziemy musieli przełożyć.
Patryk Pisowicz: Bo zachorowałem.
Anna Burek: Skąd wiedziałeś, że jesteś chory? Pamiętasz, kiedy zaczęto coś podejrzewać?
Patryk Pisowicz: Bolało mnie, wiecznie mnie coś bolało. Zaczęło się od palców i nadgarstków – puchły i siniały. Potem ramię i kolano. Potem pięty. Wszyscy mówili, że to dlatego, że rosnę. Pamiętam, jak w szkole na zajęciach sportowych jakoś podskoczyłem do góry i już nie mogłem się wyprostować – pani z sekretariatu dzwoniła do mamy, że jest ze mną źle. Próbowałem wtedy wytłumaczyć, co dokładnie, ale nikt mnie nie rozumiał, bo już z bólu bełkotałem.
Anna Pisowicz: Te kolejne fale bólu pojawiały się i znikały. Kiedy jed- nak nagle spuchł mu nadgarstek razem z kostką i zrobił się alarmująco czerwony, wybraliśmy się do ortopedy. To on zaczął podejrzewać reu- matyzm dziecięcy lub boreliozę. Po tygodniowym pobycie na Westend, otrzymaliśmy skierowanie do Charite, gdzie po cyklu badań wykluczo- no reumatyzm.
Patryk Pisowicz: Tam, jak zobaczyłem, jak tata po raz pierwszy pła- cze, to już wiedziałem, że jest źle. Potem usłyszałem, że to krebs.
Anna Burek: Co oznacza rak w tym wieku?
Anna Pisowicz: Przede wszystkim oznacza przeorganizowanie wszystkiego – nasza codzienna rutyna zmieniła się nie do poznania. Nasze osobiste choroby schodzą na dalszy plan: operacja mojego męża wydarzyła się jakby poza nami, ja o mało nie straciłam nerki – tak zaniedbałam własne zdrowie. Teraz liczy się tylko jedno – za wszel- ką cenę wrócić do normalności. Od momentu, kiedy padł na nas wy- rok białaczki, nie mieliśmy chwili, żeby się zatrzymać i pomyśleć, co to oznacza. Od razu zaczęło się działanie: pierwsza chemia, pierwsze przepompowania, pierwsze wkłucia, pobierania szpiku, dawki kortyzo-
KONTAKTY | 6 KONTAKTY |
Anna Pisowicz: No tak, ale to było nieosiągalne – dzieciaczków przez oddział przewijają się setki, do tego coś dla ich mam – nie dałabym rady. Ale Patryk nalegał, więc wpadłam na pomysł, by zwrócić się z apelem do innych krawcowych w FB grupie firmy Antex – hurtowni, której jestem klientką – jest nas tam około 2500 pań szyjących. Popro- siłam o wsparcie – o uszycie tzw. uszytków i wysłanie ich do nas, by Patryk mógł je rozdać dzieciakom w klinice. W pomoc zaangażowa- ły się właściwie wszystkie krawcowe w tej grupie. Każde przekazanie uszytków dzieciom jest udokumentowane – w te sposób chyba wieść się rozniosła, więc mimo że planowaliśmy zbierać uszytki do końca lip- ca, one nadal napływają, a my nadal obdarowujemy nimi dzieci. Ja w wolnym czasie, razem z moimi dzieciakami, nadal produkuję ma- skotki, poduszeczki – właściwie to wszyscy jesteśmy zaangażowani w spełnienie marzenia Patryka. Dzięki temu uśmiecha się i on, i dzieci, i osoby pomagające też mają powód do radości.
Anna Burek: To zdjęcie na stole pokazuje uśmiechniętego chłop- ca, ale chyba z łobuzerskim zacięciem, co?
Anna Pisowicz: Och, nie! Zupełnie nie. Może nie wypada tak mówić o własnych dzieciach, ale Patryk to był właściwie aniołek. Zawsze uśmiechnięty, opiekuńczy – z rodzeństwem przytulanki i buziaki są na porządku dziennym, a sąsiadki bez wyjątku zachwycają się tym, jaki to on uczynny i grzeczny. Dziewczynkom nosi plecaki, ciotki komplemen- tuje – nie było z nim nigdy żadnych problemów. Teraz buntuje się bar- dziej.
Patryk Pisowicz: Denerwuje mnie siedzenie i wieczne czekanie. Na kolejną chemię, na kolejną wizytę u lekarza, na kolejny pobyt w klinice. Stale na coś muszę uważać, stale czegoś sobie odmawiać – nie widuję kolegów, nie chodzę do szkoły. Zanim się dowiedziałem, że jestem cho- ry, byłem zupełnie samodzielny, mogłem robić, co chciałem, a teraz…
Page 1 |
Page 2 |
Page 3 |
Page 4 |
Page 5 |
Page 6 |
Page 7 |
Page 8 |
Page 9 |
Page 10 |
Page 11 |
Page 12 |
Page 13 |
Page 14 |
Page 15 |
Page 16 |
Page 17 |
Page 18 |
Page 19 |
Page 20 |
Page 21 |
Page 22 |
Page 23 |
Page 24 |
Page 25 |
Page 26 |
Page 27 |
Page 28 |
Page 29 |
Page 30 |
Page 31 |
Page 32 |
Page 33 |
Page 34 |
Page 35 |
Page 36 |
Page 37 |
Page 38 |
Page 39 |
Page 40 |
Page 41 |
Page 42 |
Page 43 |
Page 44