search.noResults

search.searching

dataCollection.invalidEmail
note.createNoteMessage

search.noResults

search.searching

orderForm.title

orderForm.productCode
orderForm.description
orderForm.quantity
orderForm.itemPrice
orderForm.price
orderForm.totalPrice
orderForm.deliveryDetails.billingAddress
orderForm.deliveryDetails.deliveryAddress
orderForm.noItems
PROSTO Z UKOSA O śmiechu, nie zawsze mądre


uwagi mędrców... Od pewnego czasu, prezentuję Państwu poglądy różnych wiel- kich tego świata na temat śmiechu. I w tym miejscu muszę sięgnąć do Hegla.


Hegel uważał, że śmiech to znak tego, iż jesteśmy wystarczająco inteligentni, by rozumieć kontrasty. Jednakowoż he- glowska koncepcja istoty śmiechu jest tak obszerna, że nie sposób przytoczyć jej tutaj nawet w przybliżeniu. Zresztą, Tadeusz Boy


Żeleński, na którego z chęcią się powo- łuję w kwestiach teorii humoru i nie tyl- ko; bo Boy wielkim felietonistą był; bez ogródek skomentował, że: „koń by się z niej uśmiał a pies, jeśliby ją połknął, to by zdechł”…


Lecz inni, na temat śmiechu ple-


tli jeszcze większe bzdury, niż filozof z Heidelbergu. Na przykład, żyjący na przełomie wieków XVIII i XIX, francu- ski ideolog, pisarz i ksiądz – niejaki La- mennais. Właściwie, jego pełny podpis wyglądałby tak: Hugues-Félicité-Robert de Lamennais, więc na potrzeby tego felietonu pozostańmy tylko przy nazwi- sku i to nawet bez poprzedzającego je „de” - tak bardzo przez niektórych ce- nionego. Pewnie nazwisko to nie ma nic wspólnego z lamentowaniem, ale są- dząc po enuncjacjach na temat śmiechu owego skądinąd wybitnego człowieka, pokusa takiego połączenia znaczeń jest ogromna. Jawi się on bowiem jako po- stać posępna, momentami fanatyczna. W śmiechu dostrzegał on jedynie złośli- we zadowolenie płynące z miłości wła- snej, przejaw egoizmu i egocentryzmu; rodzaj złośliwej przyjemności.Wedle jego poglądów, człowiek śmiejący się zniekształca swoją twarz, unicestwia jej ludzkie piękno i harmonię. W ten sposób – uwaga – uwidacznia diabła! (Sic!) Sam człowiek – wedle Lamennaisa – diabłem wprawdzie nie jest wprost, lecz śmiejąc się uwidacznia, iż jest jego siedliskiem. Ufff! No, czytając takie brednie, śmiać się odechciewa! Ale byłoby błędem pod- danie się takiemu nastrojowi, bo właśnie śmiać się trzeba tym bardziej. Zresztą, owe horrendalne bzdury same starczą za dobry żart i uśmiech wywołują.


Zostawmy jednak owego nieszczę-


snego ponuraka z jego poglądami a po- znajmy… jeszcze większego malkon- tenta – przynajmniej, jak idzie o śmiech. Był nim, starszy o ponad sto lat, niejaki: Jacques-Bénigne Bossuet. Był bisku- pem, nadwornym kaznodzieją króla Francji Ludwika XIV – a przy tym teolo- giem i politycznym myślicielem o dużych wpływach. Nie wiem, dlaczego mając tyle spraw na głowie, zajął się jeszcze dywagowaniem na temat śmiechu – ku


nieszczęściu, zapewne, tych, którzy go słuchali. Wykrzykiwał on bowiem: „Biada wam, którzy się śmiejecie! Nasz Pan, Zbawiciel, nie śmiał się nigdy; ni- gdy wargi nie skrzywiły mu się tym nie- przystojnym grymasem. Biada wam, którzy się śmiejecie!” Koniec cytatu, co największą ulgą komunikuję. Ale po- ważny problem pozostał. Po pierwsze, nie wiemy skąd autor tych słów powziął zawarte w nich informacje a ta niepew- ność musi pobudzać nas do niepokoju. Z drugiej jednak strony powoduje nie- dowierzanie, bo trudno jakoś uwierzyć w ten boski brak poczucia humoru. No bo niby z czego wziął się ten cały nas świat???


Bez względu na wszystko, ja jednak


będę zachęcał do śmiechu. Nie bójmy się śmiechu! Mimo, że współczesny Bossuetowi, francuski matematyk, fizyk i filozof religii Blaise Pascal (ten, dzięki któremu wiemy czy nas ciśnie, czy nie – bo zajmował się problemami ciśnienia i próżni) uważał, że Święci i sam Pan Bóg śmiać się będą tylko jeden, jedyny raz; mianowicie wówczas, gdy patrzeć będą na męki potępionych a ich uśmiech szy- derczy spotęguje męki grzeszników… Brrrr... W pewien sposób z tym poglą- dem koresponduje stwierdzenie Kar- tezjusza – uczonego starszego o całe pokolenie. Kartezjusz sformułował tezę, iż śmiech jest wynikiem niespodzianki i następującej po niej natychmiastowej radości z faktu, że czyjeś złe postępo- wanie, albo zwyczajny błąd, zostały ukarane w ten, czy inny sposób. Dodał jednak, że tylko wówczas, gdy kara nie jest zbytnio ciężka i to go z poglądem Pascala różniło diametralnie. W takim razie mała egzempliofikacja słuszności poglądu Kartezjusza.


Kiedyś, mały Wicuś, który siedział


w szkole w pierwszej ławce, dosłownie oszalał na widok swojej nowej, ślicznej, młodej nauczycielki. Przyszła ona do szkoły w bardzo krótkiej spódniczce, bo był to już czerwiec i podczas lekcji usia- dła na blacie ławki Wicusia, zakładając nogę na nogę. Wicuś wlepił w nie oczy, lecz w pewnym momencie nie wytrzy- mał narastającego w nim gwałtownie napięcia, odwrócił się do kolegów i po- wiedział:


- Chłopaki, popatrzcie jakie nogi… - Wicuś – ostro zareagowała nauczy- cielka – natychmiast wyjdź z klasy i do końca lekcji nie chcę cię tu widzieć! Wicuś posłusznie, powoli, ze spusz-


KONTAKTY 37 | KONTAKTY |


czoną głową; jak ten żołnierz co wracał z niewoli, klasę opuścił. Na następnej godzinie nauczycielka już nie usiadła na niczyjej ławce, tylko tłumacząc lek- cję przechadzała się między ławkami. Wicusiowi co jakiś czas migały przed oczyma jej piękne, opalone uda, które miał prawie na wysokości swoich oczu. Wreszcie nie wytrzymał wewnętrznego napięcia, które ten widok w nim powo- dował i głośno powiedział do kolegów: - Chłopaki, widzieliście te uda???


- Wicuś wyjdź! – wykrzyknęła nauczy- cielka – I już mi się dzisiaj na oczy nie pokazuj!


Wicuś poszedł więc do domu. Następ- nego dnia nauczycielka przyszła w in- nej, ale równie krótkiej spódniczce. Nie siadała na blacie ławki, nie spacerowała między ławkami, lecz siedziała za swo- im stolikiem całkowicie zakrywającym jej piękne nogi. W pewnym momencie musiała jednak wstać i podejść do ta- blicy. Gdy pisała na jej górnej części , wyciągając w górę rękę a nawet lekko wspinając się na palcach, spódniczka uniosła się nieco ukazując uda w ca- łej krasie a do tego ich przyległości – by tak rzec. Wicuś wytrzeszczył oczy a napięcie rosło w nim niebezpiecznie. Wreszcie nie wytrzymał. Odwrócił się do kolegów, ale pomny doświadczeń z po- przedniego dnia, inaczej się odezwał: - Chłopaki, spotkamy się dopiero po wa- kacjach. A teraz popatrzcie jaka…


I wyszedł z klasy. Ponieważ waka- cje i tak miały się zacząc za kilka dni, więc kara nie była zbyt surowa, zatem warunek, który co do jej wagi postawił Kartezjusz, został w tym przypadku spełniony perfekcyjnie, więc śmiech w tym przypadku jest usprawiedliwiony, uzasadniony, jak najbardziej wskazany i bardzo na miejscu…


Jurek Ciurlok „Ecik”


Page 1  |  Page 2  |  Page 3  |  Page 4  |  Page 5  |  Page 6  |  Page 7  |  Page 8  |  Page 9  |  Page 10  |  Page 11  |  Page 12  |  Page 13  |  Page 14  |  Page 15  |  Page 16  |  Page 17  |  Page 18  |  Page 19  |  Page 20  |  Page 21  |  Page 22  |  Page 23  |  Page 24  |  Page 25  |  Page 26  |  Page 27  |  Page 28  |  Page 29  |  Page 30  |  Page 31  |  Page 32  |  Page 33  |  Page 34  |  Page 35  |  Page 36  |  Page 37  |  Page 38  |  Page 39  |  Page 40