PROSTO Z UKOSA „GDY BYŁEM CHŁOPCEM,
CHCIAŁEM BYĆ ŻOŁNIERZEM… …Miałem szablę i z gazety chełm, i kilka ołowianych żołnie- rzyków, co przelewali w moich bitwach krew…” – to fragment starego przeboju zespołu No To Co.
I przebój, i zespół dawno zapomniani, choć prawie pół wieku temu znał ten utwór każdy, od dzidziusia po dziadziusia. Piosenka była rodzajem pacyfistycznego protest songu, zgod- nego z duchem epoki dzieci kwiatów, bowiem kończył ją passus o tym, że dobrze byłoby na świecie, gdyby wojny toczone były tylko przez taką zabawkową armię. Była uroczo naiwna, lecz chwytliwa zarówno co do tekstu, jak i ła- twej, wpadającej w ucho melodii. Nic dziwnego, że jej popularność była gigantyczna, śpiewało się ją równie często, jak nieśmiertelną pieśń o dzieweczce, co szła do laseczka.
Nie bez powodu przytoczyłem fragment z ak- cesoriami dziecięcych zabaw, bo akurat jest moment, gdy ten i ów o takich akcesoriach przemyśliwa. Powody takich przemyśleń mogą być dwa. Pierwszy, może nie najważniejszy w obecnych świątecznych okolicznościach, choć związany z nimi, to sentymentalne wspo- mnienia niegdysiejszych zabaw i prezentów. Drugi to konieczność sprawienia jakiegoś pre- zentu swoim pociechom. Tak, wiem… Też sobie wyobrażam pełne niedowierzania spojrzenie kilkulatka, obdarowanego tekturowym cheł- mem, drewnianą szabelką i kilkoma żołnierzy- kami z ołowiu lub innego tworzywa. Prawdziwy, żywy zaprzęg reniferów parkujący na dachu sąsiada wywołaby zapewne znacznie mniejsze zdziwienie. Może tylko czarno- biały telewizor bez pilota i z dostępem do dwóch, góra trzech kanałów, mógłby tu być jakąś konkurencją, jeśli chodzi o wprawianie w osłupienie najmłodsze- go pokolenia. Nie wiem, czy po takiej traumie dziecko kiedykolwiek wróciłoby do równowagi psychicznej i czy przypadkiem nie zaczęłoby się jąkać. No ale nikt raczej nie wpada na po- mysł takich prezentów. Pod warunkiem, że nie jest modelarzem lub rekonstruktorem historycz- nych pól bitewnych, ale to raczej zabawa dla większych „dzieci”. Ewentualnie w niektórych grach planszowych pojawiają się jakieś wojow- nicze postaci, lecz raczej fantastyczne. Podob- nie jak figurki bohaterów z filmów S.F. Z kolei te, które przetrwały na strychach i w komórkach, są dziś antykwarskimi skarbami i owszem, mogą być prezentem, ale raczej dla miłośników no- stalgicznych wspomnień. A najmłodsi wolą la- serowe miecze rodem z „Gwiezdnych wojen”, których kolejne edycje dostarczały inspiracji producentom zabawek. Oczywiście bez trudu można nabyć jakiegoś plastikowego „kałacha”, który wydaje dźwięki mające imitować strza- ły (najczęściej przypominają one – może na szczęście – zepsutą zębatkę w rowerze, pod- czas jazdy po szutrowej drodze) i emituje świa- tełka, mające przypominać rozbłyski podczas strzelaniny. Choć rynsztunek rycerski zdaje się też ciągle jest w modzie. Pewnie za spra- wą niektórych filmów albo imprez z udziałem grup rekonstrukcyjnych. I w tym miejscu przy- znam się Państwu, że nie jestem miłośnikiem tego rodzaju zabawek ani dla najmłodszych, ani dla dorosłych. Owszem, podobają mi się wspomniane rekonstrukcje, jeśli uczą one hi- storii, są barwną, żywą opowieścią o obyczaju, ubiorze etc. Natomiast jeśli pokazują wyłącznie, że można komuś przyłożyć dajmy na to topo- rem albo mieczem dwuręcznym, a on tylko się otrzepie i nawala się z kolejnym „rycerzem”, to jakoś mnie to mierzi. W takim samym stopniu jak hollywoodzki film, w którym napieprza się gościowi po łbie z basebolla, ładuje się w nie- go cały magazynek z uzi, a on po tym wszyst- kim rozwala sam jeden dwudziestu bandytów albo oddział wrogów gwieździstego sztandaru. Nie bardzo też pojmuję zamiłowanie do prze- noszenia w życie dorosłe dziecięcych zabaw w indian czy inne wojsko w postaci np. paint- balla. Strzelanie do tarczy z czegokolwiek, ow-
szem. Ale do kumpla? Albo jeszcze lepiej – do narzeczonej??? Żeby chociaż do wrednego współpracownika lub szefa. Albo do teściowej po kilkunastu latach małżeństwa i mieszkania pod wspólnym dachem. Ale do narzeczonej??? O pomysłach na upowszechnienie prawdziwej broni i stworzenie paramilitarnych ugrupowań nawet nie wspomnę. Może zrobię to innym ra- zem. Natomiast przed Świętami marzy mi się, żeby prezentami dla dzieci były zabawki „mały astrofizyk” czy też „mały biochemik”. Jak kiedyś „mały majsterkowicz”. Choć i dzisiaj taki też jest przydatny. A nie „mały zabójca” – bo choć tak się tych zabawek nie nazywa, to de facto tym właśnie są. Kolejnym prezentem może potem być „zabawka” dla prawdziwego zabójcy: sztu- cer, dubeltówka, parabellum, magnum – czy jak tam ten cały śmiercionośny „złom” się nazywa. A potem... to, co potem można znaleźć niemal w każdym serwisie informacyjnym. Zatem niech żyją pluszaki! Niech żyją zestawy zabawek na- ukowych! Niech żyją naiwne piosenki! Może przez nie świat zrobi się choć trochę lepszy...
P.S. Miłośników broni i strzelania do żywych istot naprawdę i na niby, nie przepraszam za to, że nie podzielam ich pasji.
Plotkarze
Po całym tygodniu ciężkich starań wokół wła- ściwego funkcjonowania całego wszechświata zmęczony Pan Bóg zasiadł na swoim tronie i oparł stroskaną głowę na obu dłoniach. W tym momencie jakaś miłosierna duszyczka pode- szła do niego i ze współczuciem zapytała: - O, Pónbóczku nojmilejszy, a czamu Ty cołki czos robisz, robisz a niy dychniesz se troszka? Pojechołbyś se na urlop. Dyć sie bez Ciebie za chwila to wszystko niy zawali. Po urlopie, jak uodpoczniesz, to zarozki wszystko lepij Ci pód- zie…
Duszyczka odezwała się do Pana Boga po śląsku, bo tego języka Pan Bóg zwykł używać w ważnych sprawach. I tak jej też odpowiedział: - A kaj tyż jo mioł bych jechać na urlop? - A choćby i na ziymia… Ta je doprowdy piyk- nie… A może byś tyż ludzióm co pedzioł „do słuchu”, bo uogrómnie wynokwiajóm… - Na ziymia padosz – zamyślił się Pan Bóg, ale natychmiast się ożywił i wykrzyknął nieco jakby przestraszony – O niy! Wszyndy, ino niy na ziy- mia!!! - Ale Pónbóczku nojmilejszy, pojakimu niy? - Tam niy, bo tam sóm same plotkorze, fafloki i chlaszczyrzici! Jo ta roz był bez jake dwa ty- siónce lot tymu. To uóni do dzisiok uo tym go- dajóm…
Na zgodę
Przygotowania do Wigilii jak zawsze wywołały sporo nerwów w domu Polakowskich. Żona mia- ła pretensje do męża, że nie pomaga w kuchni. Mąż do żony, że nie pilnuje dzieci, które plączą mu się pod nogami itd., itd. Wreszcie wszystko jakoś ogarnięto, stół przygotowano, gwiazdka na niebie zapłonęła i małżonkowie już udobru- chani podeszli do siebie z opłatkami. - Cóż ja będę dużo wymyślał – rzekł mąż do żony z uśmiechem – życzę ci moja najdroższa tego samego, czego ty mnie… W tym momencie grymas gniewu wykrzywił jej twarz i syknęła: - No i widzisz, jaki ty jesteś? Znowu zaczy- nasz…
Nietrafiony prezent
- A najmilszym prezentem noworocznym od ciebie – mówi ojciec do syna – będą po prostu
KONTAKTY 41 | KONTAKTY |
dobre stopnie i zdane egzaminy… - Oj, tato – odpowiada syn z troską – dlaczego wcześniej nie mówiłeś? Teraz już za późno, ku- piłem ci krawat…
HIGH SOCIETY – RUBRYCZKA CELE- BRYCKA
W Wiedniu odbywał się głośny rozwód pewnej pary operowych gwiazd. Nie przeszkodziło to, by oboje pojechali na jeszcze jedno wspólne to- urnée. Znany z ciętego języka kompozytor, dy- rygent i skrzypek Joseph Hellmesberger junior, skomentował to krótko: „To całkiem słuszna de- cyzja; przyjemność później, najpierw interes”.
Znany przede wszystkim ze stworzenia postaci Sherlocka Holmesa pisarz, Artur Conan Doyle, lubił też wymyślać różne żarty. Pewnego razu do dwunastu słynnych, uchodzących za krysz- tałowo uczciwych i hołdujących surowym oby- czajom bankierów oraz przemysłowców wysłał jednobrzmiące depesze: „Wszystko wykryto”. Wszyscy ci ludzie „bez skazy” w ciągu 24 go- dzin postarali się opuścić Anglię.
Francuski komediopisarz i jednocześnie praw- nik,Tristan Bernard, lubił kpić z przechwałek lu- dzi interesu. Kiedyś, zniecierpliwiony, przerwał taką dysputę i rzekł: - To o czym panowie mówicie, to dziecinna za- bawa, a nie interesy. Ja mam dla panów praw- dziwy interes! - Doprawdy? – zdziwił się zgryźliwie jeden z przechwalających się przed chwilą finansi- stów – trudno uwierzyć, że pisarz zna się na in- teresach… - A jednak. Proszę, oto moja konkretna propo- zycja: niech pan kupi sumienia naszych finan- sistów i polityków za tyle, ile są warte. A potem sprzeda je za tyle, na ile oni sami je szacują…
Wybitny dziewiętnastowieczny chirurg, Jan Mi- kulicz, profesor na uniwersytetach w Krakowie, Królewcu i we Wrocławiu, potrafił znakomicie rozmawiać z pacjentami – również w kwestiach honorariów za zabiegi. Gdy pacjent zbyt ostro próbował się targować o cenę operacji, Mikulicz zwykł mu odpowiadać: „Dobrze, ja mogę wziąć mniej. Nawet znacznie mniej. Ale będę też zmu- szony użyć tańszych narzędzi, których nie da się dobrze naostrzyć”.
MYŚLI WIELKICH, MĄDRYCH, NIE ZA- WSZE ZNANYCH…
Są święta! Wszyscy muszą trochę pocierpieć… Jurek Ciurlok „Ecik”
Page 1 |
Page 2 |
Page 3 |
Page 4 |
Page 5 |
Page 6 |
Page 7 |
Page 8 |
Page 9 |
Page 10 |
Page 11 |
Page 12 |
Page 13 |
Page 14 |
Page 15 |
Page 16 |
Page 17 |
Page 18 |
Page 19 |
Page 20 |
Page 21 |
Page 22 |
Page 23 |
Page 24 |
Page 25 |
Page 26 |
Page 27 |
Page 28 |
Page 29 |
Page 30 |
Page 31 |
Page 32 |
Page 33 |
Page 34 |
Page 35 |
Page 36 |
Page 37 |
Page 38 |
Page 39 |
Page 40 |
Page 41 |
Page 42 |
Page 43 |
Page 44