Nie jest łatwo wejść w hermetyczną społeczność winiarzy z dziada pradziada, a jednak Panu się udało. Czemu Pan to zawdzięcza?
Myślę, że zaczęło się to już na początku, od pierwszych przy- jazdów, nawiązały się przyjaźnie i kontakty, i to na pewno mi po- mogło. Gdybym był sam i nikt za mną nie stał, to nie mógłbym nic zrobić. Jakoś się przebiłem do tych ludzi i do ich serc. Teraz chętnie spotykamy się, oni degustują moje wina, wymieniamy się wiedzą, doświadczeniami, odczuciami. Widzą, że moje wina nie odstają od reszty, nie są gorsze. Mamy do siebie szacunek.
Nie traktujecie się jak konkurencji?
Mamy związek, do którego należy 12 winiarzy z okolicy i organi- zujemy wspólne imprezy. Próbujemy swoich win, żeby wyrażać o nich opinie, dowiedzieć się, jak inni je odbierają i jak im sma- kują, żeby można było coś poprawić. Nie traktujemy się jak kon- kurencji tylko jak przyjaciele i jak partnerzy. Jesteśmy bardzo do- brze zorganizowani. Nowi, młodzi ludzie obejmują gospodarstwa po rodzicach i powiększają je. Starsi, którzy przechodzą na eme- ryturę i nie mają następcy, przekazują młodym te gospodarstwa. Gospodarstwa są teraz większe, ale będzie ich coraz mniej.
Z jakiego wina jest Pan najbardziej dumny?
Dumny jestem z moich win wytrawnych, ale też z tych z najwyż- szej półki, w kategorii Beerenauslese i Trockenbeerenauslese. Nie są one osiągalne dla każdego winiarza, mi się to udało i mam nadzieję, że w tym roku też coś takiego stworzymy.
W tym roku po raz pierwszy pojawi się czerwone wino z ety- kietą Weingut Greszta. To eksperyment?
Tak. Bardzo mnie to cieszy, od lat marzyłem, żeby wyprodukować czerwone wino i w tym roku mi się udało. Winogrona były per- fekcyjnie dojrzałe i dobrej jakości. Jestem bardzo podekscytowa- ny. Fermentacja trwa, ciągle muszę je dopieszczać, ale smakują super. Za 20 miesięcy wino czerwone znajdzie się w butelkach. Zrobiłem jeszcze eksperyment z winami białymi z fermentacją z całym owocem, tak jak przy winie czerwonym. Zobaczymy co z tego wyjdzie. To były dwa duże eksperymenty w tym roku.
Życzę udanych win i dziękuję za rozmowę! Mój mobilny dom
Maciej Wiśniewski odwiedził Iwonę Gilarską – tancerkę i chore- aografkę mieszkającą w Wagenburgu „Pankgräfin” w podberliń- skim Karow.
Czym jest dla Pani dom?
Dom to dla mnie również trochę teatr, a trochę miejsce spotkań, bo zapraszamy do nas bardzo wielu ludzi z zewnątrz. No i dom to też autobus. Zresztą zarejestrowany na mnie w Polsce. Ale
to mój mąż (kanadyjski artysta cyrkowy i uliczny David Cassel – przyp. MW) zaraził mnie ideą mieszkania w autobusie i zaprosił do tej podróży. A że jestem osobowością wolną, niezależną i w jakimś sensie cały czas szukam przygód, dałam się namówić i nie żałuję. Uwielbiam budzić się rano, widzieć wokół wszystkie kolory lata lub jesieni, słyszeć śpiewające ptaki i czuć spokój. Mój mąż podróżował tym autobusem przez ponad 10 lat po Australii jako performer, więc jest przyzwyczajony do mieszkania na takiej małej przestrzeni. Natomiast ja musiałam się tego nauczyć.
Czy była to trudna nauka? W końcu wszyscy potrzebujemy odrobiny prywatności, o którą trudno na tak małej przestrze- ni.
Kiedy przyjechaliśmy do Berlina było piękne lato, więc była i przestrzeń. Praktycznie nie było nas w autobusie. Tylko w nim spaliśmy, a całe nasze życie toczyło się na zewnątrz. Na zimę budujemy przybudówkę, w której chcemy urządzić mały teatr, aby przetrwać tę porę roku. Nie tylko dlatego, żeby było cieplej. Również dlatego, że w zimie dni są krótsze, a ludzie chowają się w swoich domach. Natomiast my oboje z mężem jesteśmy arty- stami i odczuwamy potrzebę wymiany kulturowej i społecznej.
Jak wygląda ta wymiana z sąsiadami w Wagendorfie?
Mieszka nas tu w sumie ok. 150 osób. Są wśród nich ludzie bar- dzo nisko sytuowani, ale są i zamożniejsi. Nikomu, oczywiście, do portfela nie zaglądałam, ale wygladają na takich, których stać byłoby na normalne mieszkanie. Są to np. artyści czy lekarze. Mamy zaprzyjaźnionego fizjoterapeutę, który pomaga nam, kie- dy jest taka potrzeba. A oprócz tego mamy infrastrukturę biu- rowo-organizacyjną, dwa boiska, przedszkole, bibiliotekę, klub muzyczny i ciuchland, w którym obowiązuje zasada wymiany: jak coś bierzesz, musisz coś przynieść.
Brzmi jak idylla ...
Niekoniecznie. To jest wioska, taki rodzaj komuny. Mimo iż mieszka w niej 150 osób, właściwie wszyscy się tu znają. To bardzo indywidualna kwestia, jak sobie sami zorganizujemy tutaj przestrzeń życiową i zbudujemy zaufanie z sąsiadami. Chcemy zaplanować sobie życie tak, żeby mieć czas dla siebie, pozostać w zgodzie z naturą i z samym sobą, wyłączyć się z wyścigu, który nie do końca ma sens. Czuć się wolnym. Wychowałam się w PR- L-u i pamiętam, jak szło się do sąsiada i prosiło: ciocia, wujek, pożycz cukru albo mąki. Tu jest tak samo. Cenię sobie to jeszcze bardziej, ponieważ moja córka, która ma 6 lat, może się uczyć, a później dzielić tym doświadczeniem otwartości. Dzieci są tutaj wychowywane w sposób, który jedni określą jako wolny, a inni pewnie - dziki. Biegają wokoło na bosaka. I jestem szczęśliwa, że moja córeczka może to obserwować i uczyć się tego.
A co z Pani tańcem? Czy ma Pani tutaj okazję, aby realizo- wać swoją pasję?
Tańczę, od kiedy pamiętam. A nawet jeśli ja nie pamiętam, to ro- dzice pamiętają. Taniec to mój styl życia. Dlatego nie wyobrażam sobie, abym mogła z niego zrezygnować. Z początku był to taniec nowoczesny, teatr tańca, udział w różnych grupach tanecznych. A potem zostałam matką. Nie mogłam pozwolić na to, aby taniec w moim życiu się skończył, moja pasja przybiera natomiast inne formy. Kiedy mieszkaliśmy w Kanadzie, należałyśmy z córką do grupy Dancing The Parenting realizującej program polegający na budowaniu relacji rodzicielskich i wychowaniu przez taniec. Gdy przeprowadziliśmy się do Berlina wiedziałam, że chcę tutaj zało- żyć grupę działającą na podobnych zasadach.
A dlaczego z Vancouver w Kanadzie przeprowadziła się Pani do Berlina?
Gilarska - rbb/Maciej Wisniewski
Bo z Berlinem byłam związana już wcześniej. Z mężem pozna- liśmy się na Islandii, na którą on docierał właśnie z Berlina. Za- prosił mnie do swojego projektu teatralnego i spotykaliśmy się w Berlinie. W końcu przyjechałam do Berlina w 2010 r. i tutaj urodziła się nasza córeczka. Myślałam, że będzie to przepro- wadzka na stałe, ale mąż dostał propozycję pracy w słynnym ka- nadyjskim cyrku Cirque du Soleil. Stwierdziliśmy, że nie możemy stracić takiej okazji i wyjechaliśmy do Kanady. Ale w Vancouver dusiliśmy się i tęskniliśmy za prawdziwą kulturą i sztuką, którą ma Europa. Jesteśmy artystami, musimy tworzyć i dawać, a w Berlinie ta potrzeba jest zaspokojona. No i wróciliśmy na stare śmieci. Tylko, że kiedy pierwszy raz mieszkaliśmy w Berlinie nie
KONTAKTY | 22 KONTAKTY |
Page 1 |
Page 2 |
Page 3 |
Page 4 |
Page 5 |
Page 6 |
Page 7 |
Page 8 |
Page 9 |
Page 10 |
Page 11 |
Page 12 |
Page 13 |
Page 14 |
Page 15 |
Page 16 |
Page 17 |
Page 18 |
Page 19 |
Page 20 |
Page 21 |
Page 22 |
Page 23 |
Page 24 |
Page 25 |
Page 26 |
Page 27 |
Page 28 |
Page 29 |
Page 30 |
Page 31 |
Page 32 |
Page 33 |
Page 34 |
Page 35 |
Page 36 |
Page 37 |
Page 38 |
Page 39 |
Page 40 |
Page 41 |
Page 42 |
Page 43 |
Page 44