This page contains a Flash digital edition of a book.
Martin Kobylański - skazany na karierę piłkarską


Jego ojciec, Andrzej, zdobywał dla Polski olimpijskie srebro i grał na


boiskach Bundesligi. 21-letni napastnik Unionu Berlin chciałby pójść w jego ślady, a nawet zajść jeszcze dalej. Oprócz reprezentacji marzy mu się Liga Mistrzów.


Maciej Wiśniewski: Latem 2013 roku ogłosił Pan publicznie na naszej antenie, że wprawdzie ma Pan dwa paszporty, polski i niemiecki, ale chce Pan grać dla polskiej reprezenta- cji. Czy to jest nadal aktualne? Martin Kobylański: Aktualne, jak najbardziej. Podjąłem wtedy decyzję i jest ona wiążąca. Oczywiście, że chciałbym zadebiuto- wać w pierwszej kadrze, ale droga jest jeszcze daleka i zobaczymy, co czas przyniesie. Jasnym jest, że zawsze będę chciał grać dla kadry Polski. Zresztą dla Polski rozgrywałem wszystkie mecze począwszy od reprezentacji U15, czyli w grupie do 15 roku życia. Z wiekiem przechodziłem do kolejnych reprezentacji. Teraz dos- tałem powołanie na mecz reprezentacji Polski U21 na „Turniej Czterech Narodów”. Tutaj będzie o tyle ciekawa sytuacja, że jed- nym z przeciwników polskiej drużyny będzie reprezentacja Nie- miec U21, więc zapowiada się fajny mecz. Nie miałem jeszcze kontaktu z trenerem Nawałką, ale jak będę grał regularnie w Unio- nie i rozgrywał dobrze mecze reprezentacji juniorów, to myślę, że mogę spodziewać się telefonu od trenera Nawałki


Powróćmy na chwilę do Pana aktualnej drużyny, do 1. FC Union Berlin, bo choć został Pan do niej jedynie wypożyczony z Werderu Brema, to przyjazd do Berlina jest dla Pana rów- nież sentymentalną podróżą. Martin Kobylański: Tak, to prawda, mały sentyment jest. Choć muszę przyznać, że wprawdzie urodziłem się w Berlinie, ale miesz- kałem tutaj tylko rok albo dwa lata. Mój tata grał wówczas w TeBe Berlin – wtedy to była drugoligowa drużyna, bardzo dobrze grają- cy zespół. Ja kojarzę Berlin raczej z mojego aktywnego czasu w Energie Cottbus. Wtedy często przyjeżdżałem do Berlina. Dlate- go znam Berlin i nie mam żadnych problemów, by poruszać się po tym fascynującym mieście. Cieszyłem się na Berlin, choć muszę przyznać, że była to trochę niespodziewana zmiana. Dwa dni przed zamknięciem okienka transferowego przeszedłem do Unionu Berlin. Niestety początek nie był najszczęśliwszy. Po dwóch rozegranych meczach doznałem dosyć poważnej kontuzji – nader- wanie bocznego wiązadła w kolanie. Takiej kontuzji nie da się zapomnieć, zaciskając zęby i mówiąc, że wszystko jest ok i gram dalej. Musiałem przerwać grę na pięć tygodni. Ale teraz już wszystko jest w porządku, a ja się cieszę, że mogę grać i gram regularnie.


Nie tylko gra Pan regularnie, ale też z ważnym wkładem dla drużyny. W meczu z Bochum strzelił Pan decydującą bramkę, która ustanowiła zwycięski końcowy wynik dla Unionu na 2:1. Nie zawsze jednak gra Pan od pierwszej minuty. Czy jest Pan zadowolony z Pana pozycji w zespole? Martin Kobylański: To jest jasne, ze każdy piłkarz chce grać od początku do końca meczu. Ale rozumiem mojego trenera. Seniorska piłka nie jest taka łatwa. Trzeba się zaaklimatyzować, trochę się ograć, trochę się nauczyć. Ale krok po kroku. Wszystko w swoim czasie. Mamy jeszcze kilka meczy w tej kolejce do rozegrania. Ja sygnalizuję moją gotowość gry przez 90 minut. Zobaczymy jak to wszystko wyjdzie. Ale wracając do samego klu- bu i mojej gry w nim. Jest mało takich klubów w drugiej Bundes- lidze – z takimi fanami i z takim trenerami, całym sportowym i technicznym zapleczem. Doping i zaangażowanie fanów jest naprawdę niesamowite. Cieszę się też bardzo, że to właśnie ci


kibice przyjęli mnie tak dobrze, tak serdecznie. Za to też chciałbym się im odwdzięczyć bramkami i asystami.


A chciałby Pan zostać w 1. FC Union Berlin? Martin Kobylański: To jest bardzo trudne pytanie. Nie wszystko zależy ode mnie. Jak na razie nadal jestem piłkarzem Werderu Brema. Tutaj w Union jestem tylko wypożyczony. Oczywiście Union ma zarezerwowaną opcję wykupu, ale stawka jest dość wy- soka. W ostateczności, jeśli Union mnie nie wykupi, będę musiał wrócić do Werderu. Na razie cieszę się, że jestem tutaj, a o ewen- tualnych zmianach dowiemy się wszyscy dopiero latem albo aż po lecie.


Ma Pan doświadczenia w pierwszej i drugiej Bundeslidze. Jaka jest różnica miedzy nimi jeśli chodzi o organizację klu- bów i życia sportowego zawodników? Martin Kobylański: No cóż, muszę przyznać, że jeśli chodzi właśnie o sportowe zaplecze i o organizację struktur klubowych, to te różnice nie są zbyt duże. Obie ligi pracują bardzo profesjonalnie. Oczywiście różnice są wyraźne na murawie boiska. W pierwszej lidze grają po prostu najlepsi zawodnicy. To oni sprawiają, że me- cze pierwszej Bundesligi wyglądają inaczej niż drugiej. W drugiej lidze jest więcej walki, determinacji, gry na pierwszy kontakt, nato- miast w pierwszej Bundeslidze jest dużo więcej gry taktycznej.


A nie żałuje Pan, że odszedł Pan z pierwszej do drugiej ligi? Martin Kobylański: Moja decyzja była bardzo dobrze przemyś- lana. Wielokrotnie rozmawiałem z moim tatą, konsultowałem się z moim menadżerem. Decyzję o przejściu z pierwszoligowego Werderu, który teraz nabrał wiatru w żagle i dobrze sobie radzi w tym sezonie, do drugoligowego Unionu podjąłęm głównie po to, żeby nabrać doświadczeń i rozwijać się sportowo. Te możliwości daje mi właśnie 1. FC Union Berlin. Z tego jestem bardzo zadowo- lony i chcę odwdzięczyć się za to nie tylko dobrą grą, ale też lojalnością wobec mojego aktualnego klubu.


A jak już Pan nabierze tych doświadczeń, to co dalej? Gdzie widzi się Pan powiedzmy za pięć lat? Martin Kobylański: No cóż, zawsze to mówiłem i tutaj nic się nie zmieni. Mój tata od zawsze był fanem Liverpoolu i ja nim też jestem. Marzę o tym, żeby właśnie tam zagrać. Wiadomo, że nie jest to łatwe, bo liga angielska jest jedną z najcięższych lig świata. Ale też cieszyłbym się, gdybym grał w Bundeslidze w podstawo- wych składach. To jest bardzo ciekawa, dynamiczna liga, sku- piająca wyśmienitych piłkarzy z całego świata. Być częścią takiej ligi to już wielkie osiągnięcie.


KONTAKTY | 23 | KONTAKTY


Page 1  |  Page 2  |  Page 3  |  Page 4  |  Page 5  |  Page 6  |  Page 7  |  Page 8  |  Page 9  |  Page 10  |  Page 11  |  Page 12  |  Page 13  |  Page 14  |  Page 15  |  Page 16  |  Page 17  |  Page 18  |  Page 19  |  Page 20  |  Page 21  |  Page 22  |  Page 23  |  Page 24  |  Page 25  |  Page 26  |  Page 27  |  Page 28  |  Page 29  |  Page 30  |  Page 31  |  Page 32  |  Page 33  |  Page 34  |  Page 35  |  Page 36  |  Page 37  |  Page 38  |  Page 39  |  Page 40  |  Page 41  |  Page 42  |  Page 43  |  Page 44  |  Page 45  |  Page 46  |  Page 47  |  Page 48