DS: Szansa jest na razie mała, nad czym ubolewamy. Dlatego cieszy nas inicjatywa zarówno ambasady, Jugendamtu, jak i wszystkich osób, które starają się, żeby było więcej polskojęzycznych rodzin zastępczych. Na razie jest to trudne z paru względów. Po pierwsze - zła opinia o Jugen- damtach, a po drugie – czasem trudno jest tym rodzinom spełnić wymo- gi, np. bardzo dobra znajomość języka niemieckiego. Poza tym trzeba mieć własne dochody i zapewnić dziecku dobre warunki materialne. Ro- dzina zastępcza dostaje oczywiście również pieniądze z Jugendamtu.
JL: Bycie rodziną zastępczą to jest praca. Rodziny zastępcze dostają pieniądze za wykonywanie zawodu i na utrzymacie dziecka.
DS: To są rodzinne domy dziecka, na małą skalę.
Póki co odzew Polaków w sprawie rodzin zastępczych jest niewiel- ki...
JL: To jest decyzja każdego człowieka, niezależnie od narodowości, czy jest w stanie spełniać taką rolę, ponieważ nie jest to absolutnie łatwe zadanie. Dzieci są często po dramatycznych przeżyciach, w związku z tym trzeba nie tylko włożyć dużo serca i cierpliwości , ale posiadać tro- szeczkę wiedzy pedagogicznej i psychologicznej. Nie jest to wymagane, bo rodziny zastępcze mają też zapewnioną opiekę Jugendamtu w celu dalszego kształcenia się, jak również w celach superwizji czy wymiany informacji. Nie są pozostawione całkowicie sobie.
Janina Linek i Danuta Stokowski udzielają po polsku bezpłatnej po- mocy psychologicznej przez telefon w ramach programu Rodzina w Berlinie. Infolinia czynna jest w każdą środę od 12:00 – 14:00 pod nr 030 680 80 121.
Ciągle jestem w podróży. Jest bosko!
Z berlińskim fotografem i podróżnikiem Rafałem Gawędą rozmawia Ma- ciej Wiśniewski.
Od jak dawna mieszkasz w Berlinie?
Nieco ponad półtora roku. Wciąż jestem bardzo świeżym berlińczykiem. Czuję się tutaj jak małe dziecko, bo ciągle odkrywam miasto, które jest bardzo skomplikowane pod względem socjologicznym. Żeby wejść głębiej, poznać bliżej miasto i ludzi, których chcę poznać, potrzeba tro- chę czasu.
A dlaczego zdecydowałeś się przyjechać akurat tutaj?
Berlin oferuje ludziom możliwość rozkwitu ich seksualności. To miejsce, w którym możesz być kim chcesz i wyglądać jak chcesz, i nikt na Ciebie krzywo nie spojrzy. I to jest piękne w tym mieście. W Polsce mamy kul- turowy kod nakazujący oceniać ludzi. Gdy ktoś wygląda inaczej albo robi coś wykraczającego poza normę, to często nie jest to dobrze widziane w społeczeństwie. Berlin jest przeciwieństwem takiej postawy.
Ty też byłeś oceniany, kiedy mieszkałeś w Polsce?
Oczywiście. Pochodzę z małej miejscowości – z Kęt w Dolinie Oświę- cimskiej. Wychowałem się w bardzo katolickiej rodzinie, a jestem gejem. Moje dzieciństwo było trudne. Przeżyłem okres, w którym ojciec wysyłał mnie do lokalnego szamana, żeby ten wyleczył mnie z homoseksuali- zmu. Niestety, tego typu „leczenie” zostawia w młodym człowieku bar- dzo wiele blokad, które w przyszłości będą na nim ciążyć, być może do końca życia.
Decyzje ojca zaciążyły również na Twoim życiu zawodowym. O swo- ich pierwszych krokach w nim nie decydowałeś sam: studiowałeś prawo, zostałeś bankierem.
W Polsce panuje przekonanie, że młody człowiek musi mieć dobry za- wód – być prawnikiem, bankierem, lekarzem albo kimś takim. Ja chcia- łem iść na Akademię Sztuk Pięknych, bo sztuka i tworzenie to była pasja mojego życia. Ale w drobnomiasteczkowym społeczeństwie zawód arty- sty kojarzony jest z zajęciem, które nie przynosi dochodów. W życiu nie chodzi jednak tylko o pieniądze.
Ale pieniądze zdobyłeś. Jako współwłaściciel agencji modelek.
To był pomysł mojego ówczesnego partnera, Maćka Tyszeckiego, któ- ry obecnie też mieszka w Berlinie. To był nasz skok na bardzo głęboką wodę, bo żaden z nas nie miał w tej branży żadnego doświadczenia. Na- sza agencja funkcjonowała ze sporym powodzeniem w Poznaniu przez lat siedem, ale im lepiej nam szło, tym mniej mieliśmy czasu dla siebie. Najpierw trudno było o wyjazd na wakacje, potem choćby na weekend. Czuliśmy się wypaleni, więc postanowiliśmy sprzedać agencję i wyje- chać na rok.
Chociaż byłeś człowiekiem sukcesu, zrezygnowałeś z niego.
Rafał Gawęda / foto: Rafał Gawęda archiwum prywatne
Bo cena za ten sukces była zbyt wysoka. Brak prywatnego życia i ciągły stres powodują, że sukces przestaje cieszyć. Po pewnym czasie już nie miało dla nas znaczenia, że odnosimy sukces. I wyjechaliśmy z Macie- jem. To miał być rok przerwy w karierze, tzw. gap year, ale wyszły z tego dwa lata. A do Polski już nie wróciłem.
Ruszyliście do Azji jako – tak siebie wówczas nazywaliście – „emi- granci hedonistyczni”.
Zgadza się. Ruszyliśmy w bardzo nietypowy sposób, znów robiąc coś, czego wcześniej w życiu nie robiliśmy – ruszyliśmy przez Chiny na ro- werach. Maciej wcześniej nawet nie miał roweru! Kompletnie nie byliśmy przygotowani, żeby jechać rowerami przez góry w Chinach, ale jakoś da- liśmy radę. Po dwóch miesiącach robiliśmy już sto kilometrów dziennie.
Zapisem waszej podrózy po Azji jest książka „Smak Azji”. Na okład- ce można znaleźć cytat: „Od 2008 r. jesteśmy w podróży. Jest bo- sko!”.
Bo było bosko! To był najwspanialszy okres mojego życia. Ta podróż na- uczyła mnie, że warto na chwilę zatrzymać się w biegu, pomyśleć i robić to, co się kocha. To motto mojego życia. W momencie, kiedy przestajesz cieszyć się tym, co robisz, gdzie jesteś, co się wokół ciebie dzieje, nic innego nie ma znaczenia.
Podczas podróży po Azji zostałeś fotografem.
Fotografia była moją pasją od dawna. Natomiast w Azji rzeczywiście zro- biłem kilka tysięcy zdjęć, z których wiele trafiło do książki. Po tej podróży wylądowaliśmy w Australii, ponieważ chcieliśmy podreperować nasz bu- dżet, żeby pojechać do Ameryki Południowej. W Australii zacząłem pra- cować jako fotograf, podszlifowałem swój warsztat, po rozstaniu z Ma- ciejem poznałem tam mojego męża Waya i zostałem na siedem lat. Aż poczułem, że czegoś mi brakuje.
A czego Ci brakowało w Sydney?
Wolności. Sydney jest piękne, ma słońce, plaże itd. Ale Australia jest bar- dzo policyjnym krajem, w którym rygorystycznie przestrzegane są, np. godziny otwarcia klubów, a Australijczycy mentalnie trochę przypominają Polaków – są konserwatywni, często zamknięci i nietolerancyjni. Maciej, z którym już nie byliśmy razem, ale nadal byliśmy przyjaciółmi i który sprowadził się w międzyczasie do Berlina, powiedział mi: przyjeżdżajcie, Berlin jest wspaniały.
Przyjechaliście i otworzyliście swoje studio i agencję fotograficzną „Raf & Way”.
Przez te lata pracy wyspecjalizowałem się w fotografii queerowej i bar- dzo wielu moich klientów związanych jest z tym środowiskiem. To, co mnie urzekło w Berlinie, to fakt, że każdy może tu rozkwitnąć w spo- sób, w jaki mu się podoba, bez określania siebie jako gej albo lesbijka. Seksualność w Berlinie jest troszeczkę płynna. Nowe pokolenie nie chce klasyfikować się według starego schematu gender. Seksualność w ogóle jest bardzo ważnym motywem w moich fotografiach. To zapewne zwią- zane jest z blokadami z dzieciństwa po „rękach, które leczą”. Moja praca to jednocześnie moja terapia. I o tym będzie książka „Sexscapes”, nad którą obecnie pracuję.
Ona nosi podtytuł: „Seksualne krajobrazy miast. Wolumin 1: Ber- lin”. Twój plan obejmuje dalsze części tej publikacji poświęcone in- nym miastom i sugeruje, że Berlin, w którym Ci tak dobrze, kiedyś jednak opuścisz.
No wiesz, ciągle jestem w podróży. I jest bosko! KONTAKTY | 23 KONTAKTY |
Page 1 |
Page 2 |
Page 3 |
Page 4 |
Page 5 |
Page 6 |
Page 7 |
Page 8 |
Page 9 |
Page 10 |
Page 11 |
Page 12 |
Page 13 |
Page 14 |
Page 15 |
Page 16 |
Page 17 |
Page 18 |
Page 19 |
Page 20 |
Page 21 |
Page 22 |
Page 23 |
Page 24 |
Page 25 |
Page 26 |
Page 27 |
Page 28 |
Page 29 |
Page 30 |
Page 31 |
Page 32 |
Page 33 |
Page 34 |
Page 35 |
Page 36 |
Page 37 |
Page 38 |
Page 39 |
Page 40