PROSTO Z UKOSA A OGÓRKÓW JAK NIE BYŁO, TAK NIE MA
Nie idzie mi o ogórki jako takie, lecz o tzw. „sezon ogórkowy”. Zapewne etymologia tego terminu związana jest ściśle z ogórkiem jako takim, bo gdy owo znakomite o wielu cennych właściwościach warzywo się pojawiało, to zjawiał się wraz z nim czas letniej kanikuły a wraz z nim cała galaktyka sensacyjnych doniesień medialnych.
Żurnaliści pocili się, marszczyli czoła w niewyobrażalnym wysiłku myślowym, ganiali po tzw. „terenie”, zaglądali w naj- bardziej tajemnicze zakątki i do najdziw- niejszych ksiąg, byle tylko wymyślić i przekazać coś niezwykłego. No i prze- ścignąć w tym względzie konkurencję. Dziś ogórek jako taki towarzyszy nam przez okrągły rok a i media są nim nała- dowane nieustannie; tzn. „ogórkowymi” doniesieniami – przy czym nie mam na myśli enuncjacji telewizyjnych i innych, dostarczanych nam przez pewną damę, która niedawno chciała być prezyden- tem naszego państwa a teraz jest wy- bitną specjalistką od wygłaszania bzdur, które kiedyś zostałyby wyrzucone do kosza nawet w środku ogórkowego se- zonu. Ufff! Można rzec, że ogórków ci u nas dostatek a nawet nadmiar. Tak więc sytuacja w kraju i na świe-
cie przez okrągły rok dostarcza nam tylu bulwersujących tematów, że właściwie można uznać, iż tak zwany „sezon ogór- kowy” przestał istnieć. To kolejne zjawi- sko kulturowe – może niezbyt istotne, ale jakże odświeżające poprzez swą nieco głupawą lekkość – które nas opu- ściło. Nikt nie szuka już ogórka – gigan- ta, albo gigantycznej truskawki, cielęcia o dwóch głowach, UFO, roznegliżowa- nej gwiazdy ekranu i potwora z Loch Ness. Zresztą roznegliżowane gwiazdy i gwiazdeczki są wszędzie i wcale nie trzeba ich szukać. Co innego roznegli- żowana pani polityk – najlepiej o kształ- tach, które Rubensa by przytłoczyły, naj- lepiej w towarzystwie roznegliżowanego polityka, który do Adonisa ma się tak, jak pokopalniana hałda do masywu Mot Blanc i najlepiej, żeby przynajmniej jed- no było z konserwatywnej prawicy. No tak; ale na takie ekscesy też nie trzeba czekać do „sezonu ogórkowego”. Ten- dencja do zanikania „sezonu ogórko- wego” w mediach pojawiła się już przed kilku laty i jej intensywność narasta. Nie- stety. W czasie letniej kanikuły na ogół „puchły” też od ilości doniesień krymi- nalne raporty. I tu także mamy zmianę, ale w drugą stronę; tzn. „puchną” jesz- cze bardziej. Niestety! - należy w tym momencie znów zakrzyknąć. Nie piszę tego z powodu własnego malkontenctwa, lecz żalu za taką oso- bistą „belle epoque”. Świadomość jej istnienia pojawia się wraz z upływem lat a jej umiłowanie najczęściej znajduje zewnętrzny wyraz w postaci słów: „za moich czasów…” I nie chodzi o rzeczy- wiste przekonanie, że kiedyś to było, że ho, ho! A dziś to tak sobie. Idzie tylko o nostalgię za tym co było i nie wróci… Choć czasem naprawdę było lepiej. Ale ad rem... Chcę się na chwilę zatrzymać przy
owych wspomnianych wyżej raportach kryminalnych. Zawartość ta raczej nie
skłania do śmiechu – powie ktoś i bę- dzie miał rację. Choć, czasami i zabaw- ne doniesienia się w nich zdarzają, lecz nie o nich dzisiaj. Zatem co w rubryczce par excellence humorystycznej mogą robić doniesienia o przestępstwach i to tych ciężkich z tragicznymi zakończe- niami? Ano, czasami można się już tylko gorzko zaśmiać. Wakacyjna beztroska, swobodny sposób bycia, przyczyniają się niestety do prawdziwych dramatów. W tej mierze do gwałtów. Sławetna „pi- gułka gwałtu” dość łatwo może trafić do szklanki niczego nie podejrzewa- jącej panienki. Bo też nie powinno być tak, że miałaby cokolwiek podejrzewać. Kobieta w męskim towarzystwie powin- na zawsze się czuć bezpiecznie, bez względu na okoliczności. I jeśli zechce, to może… A jeśli nie zechce, to trudno… To teoria, bo wielu panów już sam fakt obecności kobiety w ich towarzystwie uznaje za dowód na to, że ona chce… Jeśli w dodatku atmosferę „rozluźnia” al- kochol, no to sprawa jest dla nich oczy- wista. Ale nie jest oczywista dla kobiety. Tylko że niektóre samce w takiej sytu- acji nie rozumieją słowa „nie”. Później- sze tłumaczenie najczęściej sprowadza się do stwierdzenia: „No przecież piła! No to czego się spodziewała?” Ktoś kto pije, może się spodziewać, że, na przy- kład, w jakimś momencie zawiedzie go jego żołądek a nie kompan od wspólnej zabawy. Że na drugi dzień będzie na kacu a nie w ciąży. Że wyląduje w cu- dzym łóżku, ale na izbie wytrzeźwień a nie u jakiegoś niechcianego faceta. I że zostanie zmuszony do grzecznego zachowania a nie do spółkowania. Nie- stety w naszym kraju, kobieta, która się bawi w męskim gronie… No to przecież wiadomo po co ona się tam bawi i co będzie potem gadać, że nie chciała… Ten model myślenia jest nadal bardzo częsty, jeśli nie dominujący. I w tym miejscu, tak się zastanawiam; dlaczego reprezentująca go część spo- łeczeństwa tak wiele gardłuje na te- mat – jak to się ujmuje – zamachu na nasze wartości ze strony islamskich imigrantów? Przy czym przedmiotowe traktowanie kobiet podnoszone jest jako jeden z głównych zarzutów. A tu, rzec można, tak wiele was łączy panowie…
Z MĄDROŚCI ŻYDOWSKICH
Rozdrażniony jak szerszeń, któremu ki- jem rozbito gniazdo Blumenfeld, wpadł do buduaru swojej żony, która akurat robiła sobie makijaż. Już miał otworzyć usta, ale żona, widząca jego zdenerwo- wanie, zapytała słodkim głosikiem: - Stało się coś mój najukochańszy? - Ty się jeszcze pytasz, czy się coś sta- ło??? Ze mnie się całe miasto śmieje a ty się pytasz???
KONTAKTY 37 | KONTAKTY |
- Co znaczy się śmieje? - Śmieje się bo ludzie gadają, że ty mi Fryda rogi przyprawiasz!!! - I ty się tym tak przejmujesz? Ty się Salomon nie przejmuj. Ty nie bądź taki delikatny. O mnie całe miasto mówi, że mam pełno kochanków i widzisz; wcale się tym nie przejmuję…
W kawiarni, przy jednym stoliku, zebra- ło się wesołe i liczne towarzystwo. Jego duszą jest Izaak Grinbaum. Opowiada dowcip za dowcipem, coraz frywolniej- sze a towarzystwo pokłada się ze śmie- chu. Tylko Sasza Finkel zachowuje ka- mienną twarz i śmiertelną powagę. Ktoś wreszcie dyskretnie trąca go w bok i po cichu pyta: - Sasza. Nie podobają ci się dowcipy naszego Izaaka? - Czemu się mają nie podobać? Podo- bają się… - To czemu ty się z nich nie śmiejesz? - Bo ja się na Izaaka gniewam i dopóki on mnie nie przeprosi za przykrość, to ja się z jego dowcipów będę śmiał dopiero w domu…
Pewnego bogatego Żyda ze wschod- nio galicyjskiego miasteczka zapytano dlaczego, będąc zupełnie zdrowym, tak często odwiedza lekarza? - Bo lekarz też musi żyć a głupio mu da- wać pieniądze ot tak, bez niczego. To ja idę do niego i udaję chorego, żeby mi co zapisał. Potem kupuję to lekarstwo w aptece, bo przecież aptekarz też musi żyć. A potem zaraz to lekarstwo wyrzu- cam, bo ja też muszę żyć…
MYŚLI WIELKICH, MĄDRYCH, NIE ZAWSZE ZNANYCH…
Pewne rzeczy się nie zmieniają: zamek, nawet jeśli legnie w gruzach, nadal bę- dzie zamkiem; kupa gnoju, nawet jeśli będzie wielka jak zamek, nadal pozo- stanie kupą gnoju…
Jurek Ciurlok „Ecik”
Page 1 |
Page 2 |
Page 3 |
Page 4 |
Page 5 |
Page 6 |
Page 7 |
Page 8 |
Page 9 |
Page 10 |
Page 11 |
Page 12 |
Page 13 |
Page 14 |
Page 15 |
Page 16 |
Page 17 |
Page 18 |
Page 19 |
Page 20 |
Page 21 |
Page 22 |
Page 23 |
Page 24 |
Page 25 |
Page 26 |
Page 27 |
Page 28 |
Page 29 |
Page 30 |
Page 31 |
Page 32 |
Page 33 |
Page 34 |
Page 35 |
Page 36 |
Page 37 |
Page 38 |
Page 39 |
Page 40