Erik- Tylko brat!
Szanowni czytelnicy. Zapraszamy Was do przeczytania artykułu o jed- nym z naszych rodaków, o Eriku Lischki, który napisał swoją Auto- biografie. Erik opowiada o swoim strasznym życiu, jak borykał się z przeciwnościami losu, jak walczył o każdy dzień swojego pobytu. Jego opowieść przeznaczona jest dla tych wszystkich, którzy nie wierzą w siłę walki i wiary w siebie...
Czy chcielibyście w „Gazecie Bieszczadz- kiej” opublikować moją biografię? Pocho- dzę z Ustrzyk Dolnych, kiedyś byłem tu znany. Mieszkałem na osiedlu PCK, moja matka zawsze piła, ja opiekowałem się sio- strami. Jako 8-latek prałem, gotowałem, kradłem jedzenie... Mój ojczym chciał mnie zamordować, gonił z siekierą. Moja siostra została zgwałcona przez niego i jego kole- gę. Później byłem w mafii… Karate urato- wało mi życie - krótko opisywał swoją histo- rię Erik Lischka.
działem jak bije na dłoni i krwawi cierpie- niem, jak pęka ranione przez innych ludzi! Pytasz, kim jest ten Człowiek? Nie powiem Ci... Powiem Ci kim będzie, jak przeczytasz tę historię. Będzie nadal Człowiekiem. Dla in- nych Bohaterem, dla wielu kierunkowska- zem... Dla błądzących we mgle, drogą... Dla niektórych, jedyną nadzieją i wiarą!” Tomasz Boruc, Wicemistrz Świata Ka- rate Kyokushin, Przyjaciel, „Brat“ Autora (wstęp do książki).
Spacer wspomnień Erik do Ustrzyk przyjechał na początku czerwca. Przyszedł do redakcji i postano- wiliśmy pójść na spacer, wrócić do miejsc, w których przez wiele lat trwała gehenna jego rodziny. Poszliśmy na osiedle PCK, największe i jedyne „blokowisko” w Ustrzy- kach.
Sport i Natura pomagały wielokrotnie Erikowi w jego burzliwym życiu
Jak przeczytałam „CV” Erika Lischki, to kolokwialnie mówiąc „ścięło” mnie z nóg. - Taka historia i nikt o tym nie wspomina? Czy to się naprawdę wydarzyło? Czy ten człowiek mówi prawdę? - Proszę zadzwo- nić do Janka Cipory, on zna mnie z moich dziecięcych lat. Potwierdzi, że wszystko to jest prawdą - odpisał Erik. W końcu postanowiliśmy się spotkać i sprawdzić „realia”. To wszystko wciąż wydawało mi się nieprawdopodobne. Erik przyjechał do Ustrzyk na kilka dni z Niemiec, gdzie mieszka od 25 lat. Stanął przede mną dobrze zbudowany czterdzie- stokilkuletni mężczyzna. Elegancki, biała ko-szula, czarna skórzana marynarka, ale ogolony na łyso i ręce całe w tatuażach. W ciemnej ulicy pewnie uciekłabym na jego widok, tym bardziej, że witając się powiedział - „Ja jestem ustrzycki Rambo”. Bił jednak od niego jakiś spokój - jak od buddyjskiego mnicha. Po pewnym czasie dowiedziałam się skąd w nim to opanowa- nie, ta siła ducha - lata rodzinnego drama- tu ukształtowały jego charakter.
„Weź proszę, delikatnie książkę tę. Treści jej dotykaj z czcią i rozwagą... Nie dlatego, że kruk biały w dłoni twej, lecz dlatego, że serce masz przed sobą. To ołtarz wspomnień, które nigdy nie umie- rają. To krzyk, który zabija duszę! (…) Widziałem wielkiego wiarą człowieka, który wyjął z piersi serce i oddał je...! Wi-
- Tu mieszkałem, z tego okna na parte- rze uciekałem w środku nocy, jak ojczym próbował mnie zabić. Wiele razy - mówi Erik pokazując na czteropiętrowy blok w środku osiedla PCK w Ustrzykach Dol- nych. - Uciekałem po całym osiedlu, a on mnie gonił pijany z kolegami. Tu na tym boisku kiedyś mnie dorwał i strasznie po- bił… A ludzie stali na balkonach i krzyczeli. Jedni mu kibicowali „Zabij go, dorwij go…”, a drudzy po cichu się modlili, by mnie jed- nak nie dorwał… Nie mam do nikogo żalu. Po latach sąsiedzi do mnie podchodzą i mówią, że bali się zareagować. Bali się o siebie i swoje rodziny. Wcale im się nie dziwię, mój ojczym był wtedy największym bandytą w okolicy . Nie reagowała szkoła, chociaż nauczyciele widzieli moje siniaki. Nie reagowała policja… To były inne cza- sy- wzdycha Erik smutno wodząc oczami po blokach. Miałem tu jednak i przyjaciół. Zawsze mogłem się schronić u państwa Strusiewiczów, którzy dawali mi czasem jedzenie, kiedy w domu były pustki. Jak byłem starszy to uciekałem poćwiczyć na Lawortę. Pot , krew i łzy…. Tylko tam w moim bezpiecznym miejscu czułem się wolny. Czasem miałem ochotę już nigdy z niego nie wracać. Niestety i tam mnie kiedyś dorwali. Myślałem, że nie przeżyję. Miałem wtedy chyba 14 lat – wspomina. „W oddali usłyszałem odgłos jastrzębia. To było pierwsze co do mnie dotarło. Było bardzo gorąco na tej górze, na której le- żałem. W środku lata w południe. W gło- wie bardzo szumiało i waliło, jak młotem kowalnym…W mojej buzi miałem jakiś ka- wałek. „Jest to może kawałek mojego od- gryzionego języka?” - strzeliło mi szybko przez głowę. - Nie to jest kawałek ziemi,
w którą musiałem pewnie ugryźć, jak te kopy dostawałem leżąc na glebie...””.
Erik wspomina, że jego dzieciństwo nie zapowiadało takiej traumy. Urodził się na Mazurach, miał „normalny” dom. - Cho- dziłem do przedszkola, miałem kolegów. Mama dbała o dom. Tato był surowy, dużo pił i miał ciężką rękę, ale z nim czuliśmy się bezpiecznie. Przeprowadziliśmy się w Bieszczady, później do Ustrzyk. Chodzi- łem do „dwójki”, lubiłem się uczyć i byłem pilnym uczniem. Później nadeszły czasy „Solidarności”, ojciec wyjechał do Niemiec i nigdy już nie wrócił. Mama zaczęła coraz więcej pić i zamiast związać się z ja-kimś spokojnym mężczyzną, wybrała chyba tego najgorszego w całych Ustrzykach. Po latach psycholożka mi wytłumaczyła, że to tak zwany „Syndrom Sztokholmski” - uza- leżnienie od kata - wspomina Erik.
Chodzenie po osiedlu nie sprawia mu jednak problemu. Wygląda jak ktoś, kto to już przeanalizował wiele razy. Niczego się nie boi. Nawet wspomnień. Co czu- je do matki? Współczucie i nienawiść...? Czy ją kocha...? Trudne pytania. Czasem nie wracała do domu przez kilka dni, a on przejmował obowiązki rodzicielskie nad siostrami. - Bardzo często zdarzało mi się okradać piwnice czy sklepy. Ale co miałem robić. Brałem tylko jedzenie, bo w domu nic nie było. Opiekowałem się siostrami. Młodszej robiłem kaszki, zmieniałem pie- luszki… Zamiast normalnego dzieciństwa spadły na mnie dorosłe obowiązki - wspo- mina. W jego mieszkaniu codziennie odby- wał się dramat, którego nie da się opisać. - Codzienne picie, bicie, kłótnie, rzuca- nie rzeczami, ucieczki z domu…. Kiedyś chciałem pójść do domu dziecka. Kolega poradził mi bym poszedł wcześniej na mi- licję. Poszedłem, ale ten wsypał mnie do mojej mamy. Ojczym mnie wtedy złapał na boisku i powiedział, że jak jeszcze raz spróbuję zrobić coś takiego, to zabije mnie i moje siostry i moją matkę…
„Czasami matka kupiła kość wołową, ugo- towała to razem z ryżem i to było nasze jedzenie. Dzieliliśmy się tą kością, pró- bowaliśmy trochę tego mięsa obgryźć i szpik kostny wyssać. W zimie stawia- liśmy nielegalnie pułapki na zające i jak jednego złapaliśmy, to mieliśmy smaczny, świąteczny obiad. Czasami przeszukiwa- łem śmieci i znalazłem coś do zjedzenia, kawałek chleba starego, kawałek jabłka, albo nawet kawałek ciasta jakiegoś, które dzieliłem potem z moimi siostrami. Ja jako chłopak byłem zawsze głodny, nienasyco- ny. Czasami włamywałem się u kogoś do piwnicy i kradłem kartofle i cebulę. Potem robiłem sobie gdzieś na górze jakiejś małe ognisko i jadłem ciepłe kartofle z cebulką.”
Dzięki swojej pasji, Erik osiągnął wiele celów w swoim życiu
KONTAKTY | 20 KONTAKTY |
Karate postawiło mnie na nogi Erik też marzył... Chciał wyjechać do szkoły śred- niej do Gdyni. - Chciałem budować stat- ki. Zdałem egzaminy i miałem zacząć od września. Jednak wtedy w domu wciąż były libacje. Ktoś spał pijany w przedpo- koju, w kiblu. W końcu jakiś pijak wlazł do łóżka moich sióstr. Wykopałem go z drzwiami. Nie mogłem ich zostawić sa- mych. Nie moje siostrzyczki… to była jedyna decyzja jaką mogłem podjąć, po- szedłem do Ustrzyk do zawodówki, na kucharza. W tym czasie zacząłem też ćwiczyć karate u Janka Cipory i poznałem Tomka - mojego Brata - opowiada Erik.
Page 1 |
Page 2 |
Page 3 |
Page 4 |
Page 5 |
Page 6 |
Page 7 |
Page 8 |
Page 9 |
Page 10 |
Page 11 |
Page 12 |
Page 13 |
Page 14 |
Page 15 |
Page 16 |
Page 17 |
Page 18 |
Page 19 |
Page 20 |
Page 21 |
Page 22 |
Page 23 |
Page 24 |
Page 25 |
Page 26 |
Page 27 |
Page 28 |
Page 29 |
Page 30 |
Page 31 |
Page 32 |
Page 33 |
Page 34 |
Page 35 |
Page 36 |
Page 37 |
Page 38 |
Page 39 |
Page 40