PROSTO Z UKOSA OBRONA PSA OGRODNIKA
Pies ogrodnika, wiadomo: sam nie zeżre, a drugiemu nie da. Tak dokładnie to nie wiem, skąd się wzięło to popularne powie- dzenie o psie ogrodnika, ale mam też ogromne wątpliwości co do poprawności rozumienia jego przekazu. Pies ogrodnika, jak sama nazwa wskazuje, pilnuje ogrodu.
Pies ogrodnika, jak każdy inny pies, owo- ców nie jada – choć to nie do końca praw- da, ale kynologiczne zawiłości nie są te- matem tego felietonu. Pies ogrodnika nie pozwala też zjadać ich komu innemu – za wyjątkiem ogrodnika, ma się rozumieć. Czyli „pies ogrodnika” to taki, co sam nie skorzysta, ale drugiemu też skorzystać nie pozwoli. I w tym znaczeniu tego po- wiedzonka u nas powszechnie się używa. Wszelako zapominamy, że pies ogrodni- ka stoi na straży tych dóbr metaforycznie uprzedmiotowionych w postaci jabłek czy innych śliwek nie z powodu czystej zawi- ści i nieżyczliwości, lecz dlatego, że pil- nuje czyjejś własności – w tym przypadku własności ogrodnika. Służy swojemu go- spodarzowi. Zatem ta arcypolska maksy- ma ma w sobie zakamuflowany jeszcze jeden przekaz, znacznie głębszy od tego, w imię którego ją przywołujemy w sytu- acjach, gdy ktoś nam czegoś odmawia, samemu z tego czegoś nie korzystając. Otóż mówi ona, że zabrać cudzą wła- sność to tak naprawdę nic zdrożnego. Przecież mogłaby się zmarnować. Że naganne jest przeszkadzanie nam w tym dziele odpowiedniego „zagospodarowa- nia zagrożonej niespożytkowaniem” rze- czy, a nie sięganie po tę rzecz bez wie- dzy jej właściciela, a raczej wbrew jego woli. Zapytanie o zgodę na skorzystanie, prośba o podzielenie się raczej nie wcho- dzą w grę. I to z dwóch powodów. Po pierwsze to nie honor u nas prosić o co- kolwiek. Dlaczego prosić, skoro się nale- ży? Należy się z samego faktu, że ten, któremu „się należy”, chodzi po tej ziemi. To warunek konieczny i wystarczający. A po drugie ci, którzy mają w nadmiarze, najczęściej niechętnie się dzielą z tymi, którzy nie mają. A choćby to tam zgniło i pleśnią porosło, to nie dam, bo moje jest i basta! No chyba, żeby się podzie- lić z takim, który też ma, bo on może też się podzieli. I tak to „jaśnie nadmierność” wspiera się wzajemnie, a „niezaspokojo- ne pożądanie” z honorem i niezachwianą dumą kradnie. Dowodów na archetypiczny wręcz cha- rakter tego zjawiska nie trzeba szukać z wysiłkiem. Znajdziemy je w licznych utworach literackich, dowcipach i kroni- kach kryminalnych. A wywodzi się ono zapewne z czasów „kontuszowych sar- matów nadwiślańskich” i ich oberwanych, brudnych i stale głodnych „niewolników pańszczyźnianych”. Obie grupy szcze- rze sobą pogardzały, nienawidziły się serdecznie, ale żyć bez siebie nie mo- gły. Łączyła je ponadto niewyobrażalna ciemnota i ciasnota poglądów, co do dziś objawia się tu i ówdzie w pełnej krasie. Nic dziwnego, skoro ostatni obywatel naj- jaśniejszej RP, który urodził się jako chłop pańszczyźniany z całym dobrodziej- stwem inwentarza swojego stanu, zmarł jakieś 50 lat temu z niewielkim okładem. I choć jakoś nie ma chętnych do przy- znawania się do tej spuścizny dziejów,
to nie zmienia to faktu, że ona jest. Za to przyznających się do swoich herbowych rodowodów jest co nie miara, choć to też żaden wielki honor. Obojętnie, czy ktoś się do czegoś przy- znaje, czy nie, brzemię po przeszłych wiekach nie jest od tego ani lżejsze, ani cięższe – a tak po prawdzie bagaż ten ciężki jest, jak jasna cholera! Swoje do- kłada do niego tradycja okradania i oszu- kiwania zaborców, okupantów, władz nie- demokratycznych oraz demokratycznych, ale nielubianych itd., itp. Zatem możemy się spodziewać, że święty narodowy kon- flikt pomiędzy „ogrodnikiem” i chętnym na jego „jabłka” będzie trwał w najlepsze ku uciesze postronnych widzów, zaś winien oczywiście będzie „pies ogrodnika”, który chce tylko wypełniać swoją powinność, a udaje mu się to raz lepiej, raz gorzej. Jak każdemu… A że „polska język być trudna język”, zaś polska obyczajowość jeszcze trudniejsza, to postronni patrzą na to, słuchają, gęby rozdziawiają i nicze- go nie rozumieją. Nic to! Ważne, że my w kręgu rodaków rozumiemy jak najle- piej. Nieprawdaż? A’propos rozumienia. Z tą mową polską naprawdę łatwo nie jest, co już inni, mą- drzejsi ode mnie, dawno temu stwier- dzali. Oto dowód. No powiedzcie Pań- stwo sami, jak obcokrajowiec ma sobie poradzić choćby z takim zwyczajnym słowem „jeść”? Bo cóż może zrozumieć na przykład obcokrajowiec czy nawet mniej rozgarnięty rodak z koniugacji tego czasownika, czynionej bez zapisywania. Gdy usłyszy: ”ja jem”, to może pomyśleć, że ktoś chce go jajem poczęstować lub w niego rzucić. Po czym słyszy: „ty jesz” i zastanawia się, czy tyje z powodu tego jaja, czy z jakiejś innej przyczyny? Potem słyszy: „on je” i nabiera podejrzeń, że albo z jego słuchem, albo z dykcją mó- wiącego coś jest nie w porządku, bo koń- cówka gdzieś przepadła i tylko nie wiado- mo, czy tutaj, czy gdzie indziej „jest” ten „on, ona, ono”. A gdy pada: „my jemy”, to należy wyjaśnić, co lub kogo myjemy. Po: „wy jecie” ktoś może się obrazić, bo może ładnie śpiewa, a nie wyje. A gdy: „oni je- dzą”, to właściwie można pomyśleć, że jadą; bo przecież: „my jedziemy”, „wy jedziecie”, no to „oni jedzą” – przecież to logiczne… Problemy językowe piętrzą się nam na każdym kroku, zatem przychodzę Pań- stwu w sukurs i wyjaśniam jeszcze dwa pojęcia, niezwykle dziś ważne, a które nabrały współcześnie nowego znaczenia. Zatem: „wyrzuty sumienia”, zgodnie z po- wszechnie zauważalnym wzmożeniem zainteresowania zagadnieniami medycz- nymi, należy określić mianem: „wysypki na duszy”. Zaś nazwę „kameleon”, zgod- nie z tendencją do używania określeń naukowych, należałoby zastąpić określe- niem: „parapolityk” – bo nikt nie zaprze- czy, że kameleon jest to zwierzę będące politykiem, bez świadomości tego faktu.
KONTAKTY KONTAKTY | | 37
Podobnie jak wielu polityków nie chce for- malnie uznać tego, że są kameleonami... Jako suplement do powyższych wynu- rzeń i wyjaśnień dodaję kilka żartów, zupełnie nie a’propos, lecz jako że luty to miesiąc „walentynkowy”, dotyczą- cych uczuć.
Świadomość roli
Pewien pogodzony ze swym losem „ro- gacz”, wróciwszy do domu wcześniej niż zwykle, zastał żonę in flagranti ze znacz- nie młodszym kochankiem. Para znieru- chomiała pod jego spojrzeniem, lecz on rzekł spokojnym głosem:
- Ależ nie przeszkadzajcie sobie, proszę bardzo, mną się nie krępujcie i dokończ- cie…
W tym momencie młodzieniec otrząsnął się z zaskoczenia i odparł:
- No, myśmy już właściwie skończyli, ale skoro pan tak nalega, to ja przyjdę ju- tro znowu…
Poważny problem
Do lekarza wszedł wyraźnie przygnębio- ny mężczyzna i od progu zaczął:
- Panie doktorze, w panu cała moja na- dzieja. Przed tygodniem, gdy wróciłem z pracy do domu, zastałem żonę z ko- chankiem. Gdy mnie zobaczyła, kazała pójść do kuchni, zrobić sobie kawy i po- czekać. Zanim ten facet wyszedł, zdąży- łem wypić trzy kawy. I wie pan, od tygo- dnia jest codziennie to samo…
W tym momencie lekarz mu przerwał i wykrzyknął:
- Ależ pan nie mnie potrzebuje, tylko ad- wokata!
- Panie doktorze, to nie w tym rzecz. Ja się chcę tylko spytać, czy nie zaszkodzi mi wypijanie takiej ilości kawy?
Wątpliwości
Mąż krzyczy do żony: - Co ten facet kiem???!!!
robi pod naszym łóż-
- Tego nie wiem – odparła żona. – Ale jak- byś widział, co on wyczyniał na nim...
I jeszcze taka złota myśl: Przytul dziś, co masz przytulić jutro!
Jurek Ciurlok „Ecik”
Page 1 |
Page 2 |
Page 3 |
Page 4 |
Page 5 |
Page 6 |
Page 7 |
Page 8 |
Page 9 |
Page 10 |
Page 11 |
Page 12 |
Page 13 |
Page 14 |
Page 15 |
Page 16 |
Page 17 |
Page 18 |
Page 19 |
Page 20 |
Page 21 |
Page 22 |
Page 23 |
Page 24 |
Page 25 |
Page 26 |
Page 27 |
Page 28 |
Page 29 |
Page 30 |
Page 31 |
Page 32 |
Page 33 |
Page 34 |
Page 35 |
Page 36 |
Page 37 |
Page 38 |
Page 39 |
Page 40