This page contains a Flash digital edition of a book.
Ach, te chwile pełne porywów romantyzmu i emocji…


Porwanie - mam na myśli porwanie kogoś lub czegoś przez kogoś, a nie porwanie się kogoś na kogoś lub na coś – jest chyba tak stare, jak ludzka cywilizacja. Nic dziwnego, że ciągle stosowane.


Tym bardziej, że od najwcześniejszego


dzieciństwa jesteśmy dokształcani przy pomocy romantycznych bajeczek o księciu porywającym ukochaną księżniczkę, której źli rodzice stanęli na drodze do skonsumowania porywów serc. To znaczy nie wiem jak teraz, ale w bajkach z mojego dzieciństwa o konsumpcji się nie wspominało. Poza tym teraz to raczej chyba bajki o porwaniach przez terrorystów lub kosmitów. W każdym bądź razie porwania to zjawisko żywe i w sztuce – szczególnie hollywoodzkiej – i w życiowej praktyce. W pewnych grupach etnicznych, i to wcale nie tak bardzo odległych, a nawet czasem żyjących wśród nas, małżeństwo nie może być zawarte, jeśli nie jest poprzedzone porwaniem panny młodej. Najczęściej całe wydarzenie jest mocno teatralizowane. Jest rodzajem gry pomiędzy rodziną narzeczonej i narze- czonego. On musi się zakraść i wykazać sprytem, unikając zastępów braci i kuzynów, którzy jej strzegą. Ona oczywiście chce być porwaną, bo od dawna wie, co się święci, no iwogóle mają się ku sobie. Ale tradycji trzeba dochować, więc wcale sprawy nie ułatwia. Gdy już dochodzi co do czego, to walczy z porywaczem czym się da - pazurami, zębami i strunami głosowymi. Jego wspierają z kolei jego bracia i kuzyni w skutecznym uprowadzeniu przyszłej żony. Obie strony muszą pilnie baczyć, by ktoś rzeczywiście zbyt poważnie sprawy nie potraktował i przypadkiem nie zapobiegł skutecznie porwaniu, bo wtedy wszystko szlag by trafił, a tu przecież wódka na wesele już się chłodzi i zakąska przygotowana, a kapela stroi instrumenty. No bo zaraz po porwaniu jest ślub. A po ślubie wesele. No, takie porwanie to sama radość i romantyzm. Zapewne atawistyczne pragnienie bycia porwaną od niczego nie kumających rodziców przez księcia – dziś już może nie tyle z bajki, co z okładki barwnego magazynu – wzbudza żywsze bicie serduszka i szybszy oddech u niejednej księżniczki dzierżącej smartfona zamiast tamborka i igły do haftowania. W sytuacjach, gdy rodzice z jakichś powodów stoją na drodze do rajskiej, małżeńskiej szczęśliwości, młodzi po prostu wspólnie uciekają. Szczególnie wakacje są dobrą porą do romantycznych ucieczek, które są prawie jak porwanie - tyle, że obopólne. Niestety, często wraz z końcem wakacji kończy się romantyczny nastrój i wszystko wraca do stanu poprzedniego. No, może prawie wszystko, bo czasami coś tam zostaje. Przeważnie jej. Niemal kanoniczny w tej


materii jest epizod z filmu „Sami swoi”. Ale życie rzadko jest w stanie dorównać literaturze. Szczególnie filmowej. To wszyst- ko dotyczyło porwań w raczej miłych oko- licznościach i o takich samych skutkach. Lecz nie tylko romantyczne uniesienia są po- wodem porwań. Bywają też zupełnie inne.


W latach 70. dwudziestego wieku nasiliły


się porwania samolotów, w czym przodowali dzielni chłopcy z palestyńskiej organizacji „Czarny Wrzesień”. Jako że u nas chętnie naśladuje się różne atrakcyjne wzorce z zagranicy, wkrótce stało się tak, że z Katowic do Warszawy latało się z nie- planowanym międzylądowaniem w Berlinie Zachodnim. Niektórzy rezygnowali wówczas z dalszego lotu do stolicy Polski. Potem na pokłady poczciwych „Antków” wsadzono po jednym chłopaku od pułkownika Dziewul- skiego i międzylądowań zaprzestano. Nato- miast w kolejnej dekadzie inny dzielny chłopak z poboru powszechnego postanowił zaatakować sąsiedni kraj przy pomocy czołgu T ileś tam. To było zanim „runęły mury”, więc dzielny pancerniak przełamał graniczne szlabany na moście odrzańskim i ruszył na Berlin. Po kilkudziesięciu kilometrach atak zakończył. Nie pamiętam już dokładnie z jakiego powodu, ale chyba z braku paliwa. A może determinacji? Przyczyną podję- cia desperackiego ataku był, zdaje się, za- wód miłosny połączony z C2H5OH dwa razy wziętym. No i okazuje się, że duch w narodzie nie


ginie i każda epoka ma swoich bohaterów, t.zn. porywaczy. Niedawno – fakt, tym razem nie najmłodszy już mężczyzna, bo 46 - letni – w Rudzie Śląskiej porwał autobus pełen zakonnic. Przy czym nie zawartość autobusu była główną przyczyną porwania,


lecz


wymieniony kilka linijek wyżej związek chemiczny połączony jeszcze z innymi związkami, których symboli nie znam tak dobrze. W charakterze zawartości autobusu porywacz zorientował się dopiero po chwili i wtedy zażądał, by siostrzyczki zaintonowały nabożne pieśni. Częstował je też wspomnia- nym związkiem chemicznym, który nijak nie chciał się przemienić w czyjąkolwiek krew. Utrzymywał, że zesłał go sam Bóg, litując się nad udręką zakonnic i dlatego zabierze je do dyskoteki i na męski striptease. Uznał jednak, że dla pokrzepienia potrzebne są pieczone skrzydełka drobiowe i więcej C2H5OH dwa razy wziętego, więc się zatrzymał w miejscu gwarantującym nabycie owych produktów. Wysłał po nie kilka sióstr, ale te okazały


KONTAKTY | 37 | KONTAKTY


wyjątkową niewdzięczność i dały nogę. Widząc, że zakonnice nie doceniły jego starań, porywacz ruszył w pogoń za uciekającymi. Przy tym głośno ostrzegał je, że swoim czynem sprowadzają na siebie ogień piekielny i wieczne potępienie. Pogoń nie powiodła się. Zakończyła się dość szybko na przydrożnym słupie. Wtedy porywacz, zniechęcony do dalszego wykonywania bożej woli nieprzyjazną postawą zakonnic, postanowił się oddalić, ale jacyś przechodnie – najwyraźniej nie rozumiejący jego misji – przeszkodzili mu w tym i oddali w ręce szatana. T.zn. policji.


Równie krótko trwała ucieczka porywacza


bojowego wozu strażackiego w Katowicach. Właściwie nie było to porwanie, lecz próba ukrycia się. Związki chemiczne też odegrały tu istotną rolę, ale jeszcze większą fabuła rodem z literatury, filmów lub kompute- rowych gier. Młody człowiek uznał, że atakują go agresywne karły ninja, więc schronił się w stojącym akurat obok i szczęśliwie otwartym, tudzież pustym wozie strażackim. Ponieważ jakiś napastnik usiłował się dostać do środka, przerażony uciekinier ruszył. Wprost na pobliskie drzewo. Jazda była bardzo krótka. Całej sytuacji nijak nie mogła zrozumieć bawiąca się w pobliżu gromadka dzieci, która nie przyznała się do żadnych agresywnych zamiarów i nijak nie chciała się przyznać do bycia karłami ninja. Strażak, który usiłował się dostać do środka swego niespodziewanie zatrzaśniętego i ruszające- go pojazdu, także nie potwierdził agresy- wnych zamiarów wobec nieszczęśnika wewnątrz. Ale czy w dzisiejszych czasach, gdy porywacze i kosmici mogą być wszędzie, można takim wierzyć?


PS. Wszystkie opisane fakty są prawdziwe. Jurek Ciurlok "Ecik"


Page 1  |  Page 2  |  Page 3  |  Page 4  |  Page 5  |  Page 6  |  Page 7  |  Page 8  |  Page 9  |  Page 10  |  Page 11  |  Page 12  |  Page 13  |  Page 14  |  Page 15  |  Page 16  |  Page 17  |  Page 18  |  Page 19  |  Page 20  |  Page 21  |  Page 22  |  Page 23  |  Page 24  |  Page 25  |  Page 26  |  Page 27  |  Page 28  |  Page 29  |  Page 30  |  Page 31  |  Page 32  |  Page 33  |  Page 34  |  Page 35  |  Page 36  |  Page 37  |  Page 38  |  Page 39  |  Page 40