Pamiętnik filozofa, jest to zbiór jedenastu opowiadań napisany dla moich siedemnastoletnich już
synów, i ma na celu przybliżenie im problemów filozoficzno-etycznych, oraz religijnych z jakimi się spotkają w swoim dorosłym już życiu. Tak się złożyło, że prawie całą ich przestrzeń emocjonalną i duchową dotychczasowego ich życia przyszło mi wypełniać, co oczywiście oznacza, że kształtowali swoją osobowość bez matki. Wiem jak trudno rodzicom, dotrzeć do wnętrza swoich pociech. Dlatego też postanowiłem w takiej formie przekazywać im to co moim zdaniem jest dla nich ważne. Z per- spektywy czasu mogę powiedzieć, że największym darem jaki w moim życiu otrzymałem, są dzieci i nie ma niczego co mogłoby przewyższyć ich wartość. Pamiętajmy o tym.
Z pamiętnika filozofa ~ Dzień dziecka ~
- Dzieci! - zawołałem swoim donośnym głosem - proszę umyć ręce i przyjść na kola- cję, bo już od dziesięciu minut czekam na was - dodałem, stawiając na stole świeżo zapa- rzoną herbatę. Po kilku minutach siedzieliśmy całą trójką, to znaczy ja i moi bliźniaczo do siebie niepodobni bliźniacy przy wieczornym stole, spożywając ostatni dzisiejszego dnia posiłek.
- Tatusiu - przerwał nagle ciszę Amos (mój
mniejszy z chłopców) zbliża się dzień dziecka, więc czy mógłbym przy tej okazji otrzymać od ciebie 100 euro na wycieczkę ze spływem kajakowym, którą organizują koledzy ze star- szych klas naszej szkoły? 100 euro? - powtórzyłem jego słowa z nie- dowierzaniem, nieco zaskoczony tą propo- zycją. - Czy ty zdajesz sobie sprawę, że byłoby to
bardzo nierozumne z mojej strony pozwolić tobie na taką wycieczkę bez fachowej opieki, tylko z kolegami. Przecież ty masz dopiero … - nie dokończyłem zaczętej myśli, gdyż w tym momencie uświadomiłem sobie, że za półtora miesiąca, moje jeszcze nie tak dawno bez- bronne małe istoty, ukończą szesnasty rok życia.
- Mój Boże! - pomyślałem, to już od szes-
nastu lat spełniam misję jaką mnie obarczy- łeś, od szesnastu lat gram główną rolę w spe- ktaklu, jaki dla mnie napisałeś. Od szesnastu lat wypełniam twój scenariusz, poświęcając wszystko inne co sprawiało mi wcześniej przy- jemność i co najciekawsze, czynię z radością i bez najmniejszego żalu do Ciebie, pomimo tego (co chyba sam przyznasz), że rola matki i ojca dla jednej osoby nie zawsze jest łatwa.
- Ja także wolałbym pieniądze - odezwał
się Martin (drugi z moich synów), sprowadza- jąc mnie ze świata na ziemię. - Chciałbym sobie kupić nową komórkę oraz spodnie..., takie jakie się dzisiaj nosi wśród młodzieży - dodał po namyśle.
- Ok. Niech tak będzie. W dniu waszego
święta otrzymacie to o co prosicie i będziecie mogli wykorzystać zgodnie z waszymi potrze- bami - z uśmiechem zaakceptowałem ich prośbę. - Muszę jednak zaznaczyć, że tego o co
mnie prosicie nie mogę potraktować w kate- goriach sercem podyktowanego prezentu dla was, a raczej spełnieniem mojego obowiązku dotyczącego zapewnienia wam podstawo- wych warunków do prawidłowego funkcjo-
nowania w środowisku w jakim się obracacie. Tak więc, abyśmy mieli wspólną przyjemność w dniu waszego święta, zapraszam was na wycieczkę do Pergamonu a potem na pyszne lody. Co wy na to? - Zgoda, jesteś taki kochany! - wykrzyknęli
prawie jednocześnie, obejmując mnie, i całując po okrytych szarzyzną czasu skro- niach. Jakaś nieproszona łza zabłąkała sie na mojej rzęsie, a ja myślami słuchałem wewnę- trznego głosu, który (zdało by się) jak górskie echo ciągle powtarzał - „Tak. To są i pozostaną dla ciebie na zawsze, małe kochane dzieci “
Po zakończeniu kolacji, chłopcy położyli się
do swoich łóżek i szybko zapadli w głęboki sen. Ja zaś długo siedziałem przy włączonym telewizorze i słuchając mojego ulubionego, Pierwszego Koncertu fortepianowego b-moll Piotra Czajkowskiego, mimowolnie błądziłem myślami po niedalekiej przyszłości, widząc w niej zbliżający się dzień, gdy moje ptaszęta wyfruną z gniazda by nigdy już do niego na stałe nie powrócić, dzień gdy ja zostanę sam, ze swoimi wspomnieniami o czasie, kiedy były jeszcze małymi, bezradnymi, ukrytymi pod moimi ciepłymi skrzydłami domowego ogniska obiektami najpiękniejszej z odmian miłości, jaką jest miłość matczyna (a w moim przypadku matczyno-ojcowska) do dziecka.
Po raz pierwszy poczułem dziwny
niepokój, przed nadchodzącymi szybkimi krokami zmianami w moim ułożonym życiu. Zacząłem bać się tego co jest nieuniknione a co jest naturalną koleją rzeczy, z czym z pewnością trudno będzie mi się kiedykol- wiek pogodzić, mianowicie oddaniem moich dorastających, nie całkiem jeszcze opierzo- nych, a już prawnie pełnoletnich pisklaków, światu.
Przecież ja, który ich (moich synów) przez
wiele lat pielęgnowałem, chroniłem i cierpli- wie przygotowywałem do pierwszego lotu, uczyłem wszystkiego co powinni wiedzieć i umieć by sobie w tej ich dorosłości poradzić, nie wiem na ile dobrze spełniłem swoją rolę i na ile gotowi są do tego by samodzielnie funkcjonować w tak zmaterializowanym, gotowym na wszystko (nawet kosztem włas- nej godności) dla swojej egzystencji, społe- czeństwie. Przecież oni są jedyną radością i sensem mojego życia!
Wizja dalszego życia w czterech ścianach,
bez nich, wydała mi się nonsensem. I chociaż pojmuję, że tak jak ja przed laty, oni również
KONTAKTY | 17 | KONTAKTY
zapragną kiedyś odejść by budować funda- menty własnej egzystencji z wszelkimi kon- sekwencjami wynikającymi z dorosłości, upomną się o prawo do własnej interpretacji bytu, czyli życia na własny rachunek, to emocjonalnie nie potrafię jeszcze (i chyba długo nie będę) tego do siebie przyjąć.
Tak, tak, twierdzenie jednego z najwięk-
szych jońskich filozofów, jakim był bez wąt- pienia Heraklit iż wszystko płynie, przemija, jest prawdą. To jednak, co pozostaje w naszej pamięci, to czego nie chcemy zapomnieć, pomimo tego, że nie jest wieczne, dla nas jest jednak wiecznością. Idąc niejako torem myślowym Heraklita,
można powiedzieć, że statek, w którym my stoimy w bezruchu, płynie a my razem z nim. Ale można przyjąć inną (również prawdziwą) interpretację tego wydarzenia, a mianowicie można powiedzieć, że statek, w którym się znajdujemy płynie, a my stoimy w nim w bez- ruchu.
Tylko do czego ja zmierzam? No właśnie,
pojęcie wieczności jest pojęciem uniwersal- nym i dla nas (ludzi) mieści się w określonym przedziale doświadczenia zmysłowego, a więc zaczyna w momencie urodzin, a kończy śmier- cią lub (jak znakomita większość naszej populacji wierzy) przejściem w świat niepo- jętej dla nas idei. Jak to dobrze, że w pojęciu Boskiej wykładni, brak na jakikolwiek abstrakt empirycznej interpretacji wieczności. Wykład- nia ta jest łatwiejsza i bezsporna dla większo- ści prostolinijnych obywateli świata, co nie oznacza, że prawdy filozoficzne są błędne. One są po prostu dialektycznie różne od prawd dogmatycznych i prowadzą bardziej zawiłymi drogami do ich zrozumienia.
A więc (wracając do mojego problemu)
logicznie rzecz ujmując, moi synowie mimo to, że kiedyś odejdą (fizycznie), być może założą rodziny, podarują mi wnuki, to wiecz- nie pozostaną ze mną, we mnie i dla mnie – odetchnąłem z ulgą.
A swoją drogą, nieważne jest to ile nasze
dzieci mają lat, ale ważne, że jest taki dzień który możemy wspólnie z nimi spędzić, spra- wiać im radość i cieszyć się tym, że One po prostu są. To ich dzień - Dzień Dziecka. Roman Zygmunt Brodowski
Page 1 |
Page 2 |
Page 3 |
Page 4 |
Page 5 |
Page 6 |
Page 7 |
Page 8 |
Page 9 |
Page 10 |
Page 11 |
Page 12 |
Page 13 |
Page 14 |
Page 15 |
Page 16 |
Page 17 |
Page 18 |
Page 19 |
Page 20 |
Page 21 |
Page 22 |
Page 23 |
Page 24 |
Page 25 |
Page 26 |
Page 27 |
Page 28 |
Page 29 |
Page 30 |
Page 31 |
Page 32 |
Page 33 |
Page 34 |
Page 35 |
Page 36 |
Page 37 |
Page 38 |
Page 39 |
Page 40