This page contains a Flash digital edition of a book.
13 BEDFORD Klub Polski posiada statut, który od początku chronił członków przed „inwazją stonki” Bomba w górę JOANNA LEWICKA


Generalnie cenimy sobie w życiu ład i porządek. Czujemy się bar- dziej komfortowo kiedy posiadamy zaplecze finansowe i mamy krysta- licznie sprecyzowaną przyszłość a u boku rodzinę i przyjaciół. W kontak- tach międzyludzkich życzylibyśmy sobie uczciwości, wiarygodności i innych przymiotów ducha, które z pewnością poprawiłyby wzajemne relacje czyniąc życie mniej bole- snym i trudnym. Ponieważ nie lubi- my czuć się osamotnieni garniemy się do różnych organizacji i zgrupo- wań. Jako dzieci ocieramy się o har- cerstwo, później są to kluby wszela- kich zainteresowań dostosowanych do wieku. Ośrodki tworzone na emigracji mają głębsze przesłanie. Oprócz przyciągnięcia rodaków i wspierania ich na obczyźnie powin- ny pielęgnować polskość. Od kil- kudziesięciu lat w Bedford istnieje Klub Polski. Jak każda szanująca się organizacja posiada statut, który od samego początku istnienia chronił swoich członków przed „inwazją stonki”. Nie zmieniany od dnia po- wstania dbał o przejrzystość funk- cjonowania czyli: naboru nowych członków, prowadzenia wszelkich zebrań i zgromadzeń zgodnie z pa- ragrafami zawartymi w statucie. Ostatnie kilka lat pokazało nam, że interpretacja regulaminu klubowe- go jest giętka w zależności od osoby, która jest akurat przy głosie. Aby ja- śniej zobrazować swoje obserwacje posłużę się przykładem z wyścigów konnych. Zasada jest prosta. Wybie-


ramy w gonitwie konia, na którego stawiamy określoną kwotę i jeśli nasz wytypowany koń przybiegnie pierwszy na metę mamy szansę na wygraną. W „wyścigu klubowym” zasady są spontaniczne, a więc nie podlegają żadnym sensownym re- gułom. W trakcie jednej gonitwy można podstawić nowego konia, wyeliminować gwarantowanego faworyta i na jego miejsce wsta- wić wcześniej zdyskwalifikowane- go za doping lub inne podejrzane działania. Zwycięzcą też nie musi być ten który pierwszy dobiegnie


do mety albowiem w trakcie biegu przypadkowa osoba decyduje, iż w danej gonitwie zmieniły się kryte- ria oceny i nagradza się konia, który znalazł się np. na trzeciej pozycji. Oczywiście znajdą się ryzykanci którym taki rodzaj rozrywki będzie odpowiadał i nikomu nic do tego. Za- wsze byli zwolennicy i przeciwnicy najróżniejszych idei. Najsmutniejsze jest to, że ten cały chaos jest ponoć dla naszego dobra... dobra Polaków, czyli i dla mojego.. Tylko dlaczego mam poczucie nie- smaku ...?


Domokrążcy i przyjaciele


JOANNA LEWICKA


W odpowiedzi na list do Redakcji. Bardzo dziękuję za list dotyczący mojego artykułu „Bóg tak Kościół nie” oraz opinie jakie ten artykuł wzbudził u Pana. Wątki jakie Pan tam poruszył: dotyczące księży, ich grzechów, niedociągnięć są bardzo istotne i bolące dla Kościoła Katolickiego. Nie chciał bym pisać na ten temat, bo ma to dla mnie w obecnym czasie, posmak trochę taniej sensacji. Kościół Katolicki opiera się na dobrej intencji każdego, kto przygotowuje się do posługi kapłana. Nie zakłada więc z góry, że osoba będzie niewłaściwa i swoje prywatne szambo przywdzieje świętymi szatami. To nie wina Kościoła jako instytucji. My nie powinniśmy budować naszej relacji z Bogiem przez pryzmat księży. Może bardziej zobrazuję to przykładem: „Sakrament małżeństwa - sam w sobie jest wzniosły, dobry i nie jego winą jest, że mamy tyle rozwodów, zdrad. To raczej wina niedojrzałych decyzji ludzi”. Podobnie jest z Kościołem. Nie jego winą jest, że poszczególni księża dają zły przykład kapłaństwa. Stąd zdanie, że Kościół jest święty mocą Ducha Świętego, a grzeszny grzesznością ludzi jest jak najbardziej na miejscu. Sami darem rozumu możemy rozeznać co jest dobre a co złe i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Kończąc chciałbym zacytować zdanie mojego ulubionego Biskupa Tarnowskiego „Więcej modlitwy mniej sensacji”. z poważaniem Andrzej Gąsienica


Za treść nadesłanych materiałów odpowiadają ich autorzy. Redakcja nie utożsamia się z poglądami opubliko- wanych materiałów. Nie odpowiada za nie i nie ponosi odpowiedzialności. Prezentowanie w gazecie materia- łów nie zamówionych jest możliwe w formie odniesienia się do treści publikowanych artykułów lub prośby o zamieszczenie sprostowania czy też wyjaśnienia uzupełniającego prezentowane wcześniej treści.


Moja córka wkrótce po przepro- wadzce do nowego domu, zaczęła rozprowadzać kosmetyki firmy Avon. Byłam bardzo zdziwiona. „Przy okazji poznam sąsiadów” - tłumaczyła. To wytłumacze- nie dało mi w końcu odpowiedz, która mogłam przyjąć. Na nowej ulicy, wszyscy sąsiedzi byli w no- wych domach. Nikt się nie kwa- pił zapoznać mieszkańców ulicy składającej się tylko z kilkunastu domów. Do poprawnego określe- nia zakątka, w którym zamieszka- łam powinnam użyć francuskiego słowa: cul-de-sac, ale przyjęło się w angielskim, bo nie ma odpo- wiedniego wyrażenia do naszego: zaułka, A w Polsce? Choć od 40stu lat już tam nie mieszkam, nie wyobra- żam sobie, by ludzie żyli tak bli- sko i nie chcieli zamienić ze sobą choć kilka słów. Teraz domy bu- duje się z minimalną przestrzenią od siebie. Wszyscy pamiętamy sąsiadki, co pod pretekstem za- glądały czasem nawet kilka razy w ciągu dnia. Powtarzały: „za- brakło mi cukru”, „czy przeczy- taliście już Przekrój?” itp. Mojej córki zachowanie ma zapewne sporo polskich naleciałości. Mogę przyznać, że gdyby ktoś nagle zja- wił się przed moimi drzwiami nie telefonując wcześniej i nie usta- lając terminu odwiedzin - jaki to jest zwyczaj tutejszy - pewno bym była nadzwyczajnie zdziwio- na, ale również byłoby mi bardzo miło, że ktoś chce mnie w ogóle odwiedzić! Angielskie powiedzenie: „My home is my castle” przy prostym


przetłumaczeniu traci sens, bo co z tego, że mój dom jest moim zamkiem? Sądzę, że trzeba prze- tłumaczyć nieco przewrotniej: „mój dom - moja warownia”, a więc wara stąd! Bo odwiedzin nie chcę! I znowu potrzebne jest wyjaśnienie, że nie chcę, bo nie jestem do tego przyzwyczajona. Chodzi tu głównie o niższe klasy społeczne. Anglia ciągle jest spo- łeczeństwem „sklasyfikowanym”, a marketing jest tak wyrafino- wany, że dociera dokładnie do określonych klas społecznych i w taki sposób, aby były przeliczalne rezultaty. W tych domach wycho- wują się dzieci, które nigdy nie doświadczyły wizyt obcej osoby, a rodzina to tylko matka i ojciec, a teraz coraz częściej tylko matka. Ale to nie koniec naszej historyjki, bo trzeba spojrzeć na pozytywną stronę. Język angielski rozróżnia „home” od „house”, czego nie ma w języku polskim. „Home” to jak przytulne ognisko domowe, a „house” to tylko budynek. Te niuanse językowe są dobrą wskazówką na mentalność ukry- tą za nimi. Bo przecież warownia ogniska domowego to wspaniała twierdza obronna przed wpły- wami cudzoziemców, atakują- cych zwyczaje i poglądy rodziny, a także głębokiego zrozumienia prywatności. W tym ognisku, gło- wa domu ma zabezpieczyć miesz- kańców od niepożądanych wpły- wów. Szkoda tylko, że do tego zamku warowni, nawet szczelnie zamkniętego, bez trudu weszła telewizja i bruździ, burzy, otwiera ognisko domowe na nieprzyjacie- la, którego teraz nawet nie widzi się jako najeźdźcę.


ENASCAddmm_ppp.indd 13


2010-10-29 01:49:58


Page 1  |  Page 2  |  Page 3  |  Page 4  |  Page 5  |  Page 6  |  Page 7  |  Page 8  |  Page 9  |  Page 10  |  Page 11  |  Page 12  |  Page 13  |  Page 14  |  Page 15  |  Page 16  |  Page 17  |  Page 18  |  Page 19  |  Page 20  |  Page 21  |  Page 22  |  Page 23  |  Page 24  |  Page 25  |  Page 26  |  Page 27  |  Page 28  |  Page 29  |  Page 30  |  Page 31  |  Page 32